Jan Klata i Michał „Nihil” Kuźniak o Furii w „Weselu”, „Weselu” w Furii i odrodzeniach

Na konferencji i festiwalu Tak Brzmi Miasto, tuż po panelu „Muzyka a teatr” udało nam się przeprowadzić wywiad z Janem Klatą, dramaturgiem, reżyserem i byłym dyrektorem Starego Teatru Narodowego im. H. Modrzejewskiej w Krakowie oraz Michałem „Nihilem” Kuźniakiem, którego osoba prawdopodobnie jest wam doskonale znana. W pośpiechu, ale z rozwagą, do wtóru brzękających o talerze łyżek i szmeru konferencji, rozmawialiśmy o Furii w „Weselu” i „Weselu” w Furii.

*

Michał Smoll: Jakiś czas temu byłem w MOCAKu (Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie), jedną z prezentowanych ekspozycji był fragment „Wesela” w reżyserii Andrzeja Wajdy, przyspieszony do granic ludzkiej percepcji z podłożoną do tego muzyką rave’ową. Kiedy narodził się pomysł, że muzyka Furii z albumu „Księżyc Milczy Luty” będzie pasować to „Wesela” i jak zmieniła się wymowa dramatu, lub jak poszerzył on swoją wymowę w połączeniu z tą konkretną muzyką?

Jan Klata: Pomysł, żeby zrobić „Wesele” z muzyką Furii powstał w momencie, kiedy usłyszałem płytę „Księżyc Milczy Luty”, co więcej – już po pierwszych kilkunastu sekundach pierwszego utworu, „Za Ćmą w Mgłę”…

Michał Kuźniak: „…w Dym”!

JK: Wiem! Widzisz, ciągle mówię o mgle, bo jakoś mi się to układa fatalistycznie i ogólnopolsko… Dosyć zasadniczym zagadnieniem, jeśli chodzi o „Wesele”, jak Pan słusznie zauważył, jest to, jaka muzyka będzie towarzyszyć tekstowi. Zresztą Andrzej Wajda podchodził do „Wesela” trzykrotnie, w latach 60′ i 90′ „Wesele” w jego reżyserii było wystawiane na deskach Starego Teatru, a w 1972 r sfilmowane – również we współpracy z aktorami Starego Teatru. I o ile jeśli chodzi o samą muzykę, żadne z tych podejść nie było przełomowe, było po prostu pewnym rodzajem wariacji na temat muzyki ludowej, tak już sam pomysł, żeby w roli Chochoła obsadzić Czesława Niemena, który śpiewał i przesądzał o całym finale, był prawdziwie rewolucyjny. A jak to się rozwijało w naszym przypadku? Panowie z Furii przyszli po prostu na pierwszą próbę, potem umówiliśmy się, że zobaczymy się za miesiąc – w tamtym momencie wiedziałem mniej-więcej, które fragmenty muzyczne będą w odpowiednich momentach…

MK: Podkreślam – mniej więcej.

JK: Oczywiście, gdyż te kwestie narodziły się również trochę z zetknięcia z aktorami. Gdy wszystko zostało mniej-więcej zaplanowane, nie pozostało nam nic innego jak poddać się wzajemnej interakcji. Jej owoc ocenią oczywiście widzowie, ale kiedy myślę o nim w kontekście mojej drogi artystycznej – jest on jednym z najciekawszych..

MS: Do obecnej chwili „Wesele” zostało wielokrotnie wystawione. Wspominałeś już wcześniej, w trakcie panelu, jak udział w „Weselu” wpłynął na wasze występy na żywo. Jak zmieniła się natomiast sama muzyka Furii, czy może nabrała jakiegoś dodatkowego znaczenia?

MK: Jeśli chodzi o samą muzykę, to nic się nie zmieniło, może poza tym, że lepiej ją wykonujemy – grać w Starym Teatrze i to grać dobrze, sprawnie, jest prawdziwym wyczynem. Tym bardziej, że gramy będąc unieruchomieni na specjalnych postumentach, co jest dla nas pewną przeszkodą, gdyż jesteśmy przyzwyczajeni do raczej żwawych zachowań na scenie. Natomiast sztuka i aktorzy wzbogacili muzykę o dodatkową wartość emocjonalną. Nie chodzi mi nawet o samą treść sztuki, która być może się jakoś przenika z treścią muzyki, ale o same emocje. Tak jak wcześniej wspominałem na panelu – wykonywanie tego materiału na żywo przed „Weselem” było dla mnie czymś „na sto procent”. Teraz, z tym co robią aktorzy – jest to 150% albo i więcej.

Piotr Kleszewski: Czyli nie chodzi nawet o to, co zostaje po spektaklu, ale o to, co dzieje w jego trakcie, jak to wszystko ze sobą działa?

MK: Tak. I pod tym kątem to co robimy zdecydowanie się zmieniło.

PK: Inicjatywa wyszła ze strony pana dyrektora Jana Klaty – czy trudno było namówić was do tego pomysłu? Co widziałeś w tym projekcie dla Furii i co przede wszystkim tobą powodowało? Ciekawość?

MK: Tak, zdecydowanie ciekawość. Właściwie już w momencie, gdy Jan Klata pierwszy raz do mnie zadzwonił z zaproszeniem na pierwszą pogawędkę, wiedziałem jak to się skończy. Wiedziałem, że będziemy chętni jak tylko usłyszałem „Wesele” i „Wyspiański” – nagle stało się to oczywiste, jakby Furii wydarzyła się jakaś zupełnie naturalna rzecz.

PK: I sam Wyspiański wystarczył?

MK: Nie, sam Wyspiański nie jest ważny. W Furii wykopujemy z siebie, fedrujemy w sobie, nie będziemy się w przyszłości wspomagać Wyspiańskim. Najbardziej pociągającą dla nas rzeczą był ten inny, teatralny świat. Gramy już kilkanaście lat, wiemy z czym to się je, ale dzięki temu nagle wchodzimy z naszym repertuarem w zupełnie inny świat, który rządzi się swoimi prawami. Dzięki temu czuję się jak nowo narodzony. I to jest chyba w sztuce najpiękniejsze, że można się odradzać. Zaczynać od nowa.

PK: Kontynuując temat przenikających się światów, kooperacja Klata-Furia jest chyba najgłośniejszym („dosłownie i w przenośni”, jak dodaje Nihil) przykładem spotkania świata muzyki metalowej ze światem kultury wysokiej…

JK: Nie kultury wysokiej, a instytucjonalnej. To co robi Furia jest kulturą wysoką, to będą teraz ambasadorzy polskiej kultury za granicą tak jak i inne kapele metalowe, chociażby Behemoth. Myślę, że te podziały na kulturę „wysoką”, z dyplomem i etatem a kulturę… no właśnie, jaką? Niską, wulgarną, popularną? Te podziały nie mają przecież żadnego sensu i mówię to z perspektywy byłego dyrektora jednej z najważniejszych jeśli nie najważniejszej instytucji teatralnej w Polsce. To nie ma żadnego znaczenia. To samo zresztą było z hip-hopem – wiem, że rozmawiamy w audycji sprofilowanej mocno na muzykę metalową, ale wcześniej pracowałem zarówno w Starym Teatrze jak i w Teatrze Polskim we Wrocławiu z Robertem Piernikowskim, który też przecież nie ma dyplomu ani etatu, pochodzi ze środowiska hip-hopowego. On również został powitany przez aktorów z otwartymi ramionami, jest fantastycznym wojownikiem i miałem okazję wiele się od niego nauczyć.

Początkowo dla mnie, później też dla aktorów, bardzo ważnym aspektem spotkania z muzykami Furii było wrażenie kontaktu z ludźmi, którzy są wolni. Oczywiście, płacą za to ogromną cenę: nie są na etacie, nie są finansowani z pieniędzy podatnika, ale jednocześnie mają coś niezwykłego, czego uznani artyści etatowi, dyplomowani, przez swoje przyzwyczajenia nie zauważają: wolność, niezależność, pewne nieprzejmowanie się i niepoddawanie się presji instytucjonalnej. Jest to coś bardzo pięknego i dla nas cennego, a także skłania nas to do ciągłych przemyśleń nad sytuacją, w której my sami się znajdujemy. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że sprawa w Starym Teatrze skończy się tak jak się kończyła – myśleliśmy, że jesteśmy w stanie uprawiać sztukę w sposób wolny i niezależny, mniej-więcej tak jak ma to miejsce w cywilizowanych krajach. Okazuje się, że nie… Muzycy Furii wnieśli do naszego teatru aurę bycia z innego świata, świata wolnego, w którym z dumą płaci się cenę za własną niezależność

PK: W trakcie panelu mówiłeś o tym, że bardzo chcielibyście kontynuować w jakiś sposób działalność związaną z teatrem. Ta współpraca z pewnością jest przetarciem pewnych ścieżek, ale z drugiej strony, czy konkretnie wam, Furii, nie będzie ona mogła trochę blokować dalszych działań? Wiesz, jakiś reżyser będzie chciał zrobić coś w tym stylu, ale zatrzyma się, zastanowi – pomyśli „Nie, Klata już coś takiego zrobił, nie ma sensu”.

MK: Mówiąc o tym, że chciałbym zostać w teatrze, nie miałem na myśli konkretnie Furii. Gdyby pozbierać do kupy wszystkie projekty, w których uczestniczy każdy z nas, zrobiłaby się z tego naprawdę pokaźna dyskografia. Robimy przeróżną muzykę, to jest nie tylko metal, ale wszystko co ciemne, brudne i emocjonalne. I patrząc z tej właśnie perspektywy mam nadzieję na współpracę ze światem teatralnym. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego, że Furia miałaby teraz zagrać na przykład w „Dziadach”… (obaj panowie wybuchają głośnym śmiechem)

PK: Mówił Pan wcześniej o tym, że recenzenci, ludzie przychodzący na spektakl, często nie są wcześniej zaznajomieni z muzyką Furii…

JK: Co innego ludzie, co innego recenzenci. Nie wiem, jak jest w świecie muzycznym, ale w świecie teatralnym zaobserwowałem, że istnieje ogromny rozdźwięk pomiędzy tym, jak widzowie odbierają spektakl i jak potem potrafią go przeanalizować, w nieskażony środowiskowymi, koteryjnymi uprzedzeniami sposób, a tym, jak są pisane recenzje. To rozszczepienie jest chore. Czytam często na Facebook’u czy przesyłane mailowo przez widzów wrażenia ze spektakli i to są tak ciekawe, wchodzące w dialog z tym co robimy rzeczy, że mogą zawstydzić tak zwanych regularnych recenzentów teatralnych. Nie czas teraz na dyskusję na temat recenzentów, w trakcie naszej rozmowy zauważyłem zresztą, że ludzie, którzy piszą o muzyce, słuchają płyt, chodzą na koncerty, mają znacznie zdrowsze, sensowniejsze uwagi na temat tego, co słyszą, niż to, co mają do powiedzenia recenzenci teatralni.

Być może jest to wrażenie mylne i trawa jest po prostu zawsze bardziej zielona po drugiej stronie trawnika. Jednak bardzo dużo o wielu rodzajach muzyki, które wcześniej były zupełnie mi obce, dowiedziałem się czytając Rafała Księżyka czy innych ludzi, którzy się znają na muzyce, a jednocześnie są bardzo erudycyjni. Z pełną pokorą podchodzę do tego, że nie zjadłem wszystkich rozumów i mnóstwo rzeczy wciąż mam do odkrycia. Staram się poszerzać swoje horyzonty. Tymczasem mam wrażenie, że spora część środowiska teatralnego, ze szczególnym uwzględnieniem ludzi piszących zawodowo recenzje, co musi być zresztą niezwykle frustrującym zajęciem, nie ma wcale na to ochoty.

MS: Chciałbym ponownie nawiązać do dzisiejszej konferencji podczas Tak Brzmi Miasto, jednak tym razem od innej strony. Padła nazwa „Twin Peaks”. Przy okazji 3 sezonu, który ukazał się nie tak dawno temu, słyszałem sporo negatywnych reakcji, często zarzucających Lynchowi zbytnie udziwnienie i uteatralnienie serialu. Gdzie – już nie tylko w kontekście „Twin Peaks” – sztuka zderza się z granicą percepcji przeciętnego odbiorcy?

JK: Tworząc adaptację „Wesela” nie myślałem o odbiorcy przeciętnym. Odnosiłem się do tekstu Stanisława Wyspiańskiego, w którym w co drugim wersie nieprawdopodobnie zaznaczona jest muzyczność. To nie jest tylko kwestia realistycznego umieszczenia na imprezie weselnej zespołu, bo „musi jakaś muzyka grać”, ale też zahaczenie tego tekstu i fraz, które są frazami właściwie rapowymi. To są hip-hopowe frazy, które się rymują, czasami częstochowsko, czasami jest to totalnie grafomańskie, ale zawsze jest tam pewien rodzaj niezwykle istotnego zagłębienia w muzyce. „Wesele” Wyspiańskiego, musi być zanurzone, a nawet tonąć w muzyczności. I tak są też potraktowane niektóre monologi. Pan Młody mówi do muzyki granej przez zespół Furia. To nie jest tylko kwestia grania przez nich do układów choreograficznych Maćko Prusaka. To było bardzo mocne wyjście od tekstu , a nie od tego, czy widzowie Starego Teatru będą zszokowani, czy nie. Widzowie Starego Teatru przez ostatnie 4 i pół roku mieli okazję usłyszeć różnego rodzaju muzykę podczas spektakli, więc nie obawiałem się, że teraz będą zszokowani. Oczywiście jest też tak, że część stałych bywalców, przedstawicieli krakowskiej inteligencji, którzy wcześniej nie słyszeli tego rodzaju muzyki, reaguje przy pierwszych dźwiękach dezaprobatą. Ale – Michał, ty sam dobrze wiesz jak to jest, bo widzisz to z góry – potem ci ludzie reagują oklaskami, wstają do owacji, płaczą. I to nie jest reakcja generacyjna. Nie jest tak, że ludzie do 40 roku życia są zachwyceni, a ci starsi, którzy mają gorszy słuch, lub są profesorami i są przyzwyczajeni do muzyki Brahmsa to odrzucają.

MK: To mnie bardzo zaskoczyło, bo ja się nastawiałem właśnie na coś takiego.

JK: Dwutorowy odbiór?

MK: Tak. Jestem wręcz zszokowany. Okazuje się, że wiek, czy status nie są barierą.

PK: Czy zauważasz pewną tendencję, do tego, że polski black metal, ten bardziej poszukujący i podążający nieco innymi ścieżkami, rzeczywiście coraz bardziej przenika się z kulturą instytucjonalną? Bo o ile wasza współpraca jest najgłośniejszą, to na myśl przychodzi mi chociażby Projekt O, w ramach którego muzycy Odrazy, Mord’A’Stigmata i Medico Peste grali w Fabryce Schindlera do wizualizacji (właściwie do ujęć z filmu zarejestrowanego z ukrycia przez żołnierza AK, koncert odbył się w trakcie wydarzenia „Pamiętaj z Nami” organizowanego przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa). Cz widzisz przestrzeń do współpracy i czy stanie się to pewną tendencją?

MK: Tak, zdecydowanie. Metal wchodzi, a raczej wszedł już dawno temu do mainstreamu. Zwykli ludzie już coraz mniej się go boją. Zaczynają go doceniać i dostrzegać, że to nie jest zwykły zbuntowany, garażowy łomot (tak jak to było postrzegana w latach 80 i 90), tylko ekipa podrosła, poduczyła się i zaczęła tworzyć ciekawe rzeczy. Takie, które mogą aspirować – zostawmy już tę głupią nazwę – do sztuki wysokiej. Teraz mi się przypomina chociażby „Essential Kiling” Skolimowskiego, gdzie wykorzystany został numer Antigamy.

PK: Jak myślisz, dlaczego właśnie black metal? Dlaczego osoby związane z kulturą instytucjonalną, lub po prostu spoza tej metalowej stylistyki i subkultury interesują się właśnie nim?

MK: Po prostu ją odkryli. Kontynuując nieco moją poprzednią wypowiedź – oni nie wiedzieli o takiej muzyce. Nie zdawali sobie sprawy z jej istnienia, ale ktoś im ją podsunął i w końcu ją docenili. Dostrzegli, że to mogą być ciekawe rzeczy. Tym bardziej, że w moim odczuciu muzyka mainstreamowa jest obecnie w głębokim kryzysie. Dlatego dla kogoś, kto wcześniej nie słyszał takiej muzyki jak black metal, odkrycie jej może być piorunujące. Jeśli oczywiście uda się mu trafić na coś na wysokim poziomie.

JK: Odpowiem ze swojej perspektywy i mojego środowiska. Płyta „Księżyc milczy luty” nie ukazała się 10 lat temu, a w zeszłym roku, więc nie miałem okazji odnieść się do niej wcześniej. Nie jest też tak, że ludzie teatru słuchają tylko muzyki mainstreamowej. Ja dobrze znałem akurat historię muzyki metalowej i wykorzystywałem jej fragmenty w moich spektaklach, ale była to wyłącznie muzyka wykorzystywana na zasadzie obiektu znalezionego, jako sample. Mieliśmy kilkunastominutową sekwencję w „Tytusie Andronikusie” do zapętlonego riffu Behemotha. Wykorzystywaliśmy norweski metal, mieliśmy nawet Xastur w Starym Teatrze. Nie ściągało to słuchaczy muzyki metalowej, bo było to za mało, a publiczność teatralna nie wiedziała co to jest, słyszała po prostu hałas. To co usłyszałem w muzyce Furii, spowodowało, że byłem zachwycony, olśniony i momentalnie pomyślałem sobie, że musimy współpracować na żywo przy „Weselu”. Nie generalizuję tego, nie wiem, czy akurat teraz polska muzyka metalowa stała się bardziej interesująca niż 10 czy 15 lat temu i z tego powodu trafiła nam się współpraca, czy dlatego, że zdarzyło nam się „Wesele”. Faktem jest, że ani razu nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby dobór muzyki był jednocześnie główną decyzją interpretacyjną jakiegoś tekstu. A zrobiłem do tej pory ponad 40 spektakli. Tutaj tak jest. Nie wiem co by się zdarzyło, gdybyśmy się nie polubili i gdyby Michał i koledzy powiedzieli, że nie mają ochoty pracować z nami. Chyba musiałbym „Wesele” wtedy odwołać. Nie miałem planu „B”. Zwykle reżyser bierze też za to pieniądze podatników, żeby mieć plan „B”, „C”, itd. W tym przypadku, to była dla mnie sytuacja typu wóz albo przewóz. Oczywiście byłem głęboko przekonany, że to wypali, ale różni się trafiają artyści. Czasami coś nie gra. Z Tomaszem Stańko, o ile się bardzo lubimy i cenimy, to mogłoby się na przykład nie dograć. To jest też kwestia oczekiwań, nastawienia. A tutaj to fantastycznie zaczęło działać i wiem też z opowieści aktorów, że na nich ogromne wrażenie zrobiło to, jak wyglądały interakcje z chłopakami i jak dużo dało im to do myślenia nie tylko o sobie, jako o ludziach na etacie, ale też artystach i jak to fantastycznie działa na ich obecność sceniczną.

Zdjęcie wyróżniające jest fragmentem plakatu promującego „Wesele”