Tomasz Radzikowski (Spirits Way): „Joe Satriani to mój niedościgniony wzór”

Spirits Way to death metalowa bestia ze Stolicy. Z liderem zespołu, Tomaszem „Destroyerem” Radzikowskim rozmawialiśmy o roszadach w składzie zespołu, inspiracjach gitarowych i sprzęcie.

*

Na początek może mało fajne pytanie, ale kwestie formalne również są istotne. Szperając po sieci i szukając informacji o składzie udało mi się znaleźć informacje, że w skład Spirits Way grają oprócz ciebie Paweł Szmeja i Przemek Pietrzak – informacje te funkcjonują jednak w źródłach nieoficjalnych, tymczasem na waszym profilu facebookowym można znaleźć informację, że na obecną chwilę jesteś jedyną osobą występującą pod szyldem Spirits Way. Mógłbyś nieco rozjaśnić sytuację?

Istotnie, Przemek oraz Paweł grali ze mną przez jakiś czas. Przemek nagrał perkusje na „Devoid of Morality” oraz zagrał wiele koncertów z Spirits Way. Podobnie Paweł, który udzielał się na koncertach jako basista. Jednak nasze drogi się rozeszły, każdy ma inne priorytety i możliwości, ja poszedłem w inną stronę, cały czas mam na względzie efektywne rozwijanie się co zaowocowało moją współpracą z innymi projektami (One Shot Eye i solowe) oraz współpracą z wieloma znakomitymi muzykami polskimi i nie tylko… Spirits Way zawsze był skuteczny w działaniach i będzie jeszcze bardziej natomiast niektórym, nie po drodze, lub nie udaje się dźwigać tego „ciężaru”, niekiedy „nie ten level”. Ale mam szacunek do chłopaków, że dali od siebie tyle co mogli. Ta zmiana wyjdzie nam na dobre… nowy skład, nowa płyta wiele tras i koncertów.

Zebrałeś już nową ekipę, czy na razie wciąż poszukujesz odpowiednich muzyków?

Tak! Jednak nie chcę zdradzać na razie kto to jest, tak się umówiliśmy, że poczekamy z tym na odpowiedni moment… Jedyne co mogę powiedzieć to muzycy z krwi i kości, którzy wzniosą Spirits Way na wyższy level. Co prawda najbliższe koncerty zagram z muzykami sesyjnymi, ale niebawem SW pokaże znów swoje ostre kły w stałym docelowym składzie!

W One Shot Eye, który tworzysz wraz z Daronem, gitarzystą Frontside, prezentujesz bardziej shreddrskie podejście do grania z – zaryzykowałbym stwierdzenie – nieco core’ową melodyką. Mógłbyś natomiast opowiedzieć nieco o swoich projektach solowych?

Materiał na potrzeby solowych projektów cały czas powstaje będzie to definitywny powrót do moich korzeni, będzie to muzyka na której się wychowywałem i dojrzewałem jako muzyk, artysta… Właśnie prowadzę rozmowy z kolegami z przed lat którzy nagrają ze mną płytę z solowym materiałem, ale zanim to ruszy pełną parą mam przed sobą Spirits Way a później jeszcze One Shot Eye.

„Devoid of Morality” ukazało się w wersji fizycznej nakładem niemieckiej wytwórni Godeater Records. Jak z perspektywy czasu oceniasz tę decyzję? Twoim zdaniem dystrybucja i promocja albumu były sukcesem?

Dobre pytanie. Myślę, że dystrybucja jest bardzo dobra, płyta dostępna jest w całej Europie oraz z tego co wiem w Kanadzie, więc nie ma na co narzekać, natomiast najskuteczniejszą promocją zajęli się fani oraz media… Co do Godeater nie mam większych zastrzeżeń, zrobili swoje, a resztą jak zwykle zajmę się sam.

Myślisz, że będziecie kontynuować współpracę przy następnym albumie?

Myślę, że trzeba się rozwijać i mierzyć wysoko, ten etap mam już za sobą. Jedyne co mogę powiedzieć, to że czas pokaże w jaki sposób Niemcy przedłużą ze mną kontrakt… ale prowadzę też już rozmowy z innym wydawcą.

Otoczka waszej muzyki, estetyka na jaką się decydujecie chociażby przy oprawie graficznej albumów, tematyka tekstów – mają one częste dla ekstremalnego metalu antychrześcijańskie, bluźniercze zabarwienie. W wywiadzie dla Violence Online mówiłeś, że nie należy interpretować tego wszystkiego tylko na tej płaszczyźnie, że istotny jest dla was symbolizm tej estetyki i treści takie jak samodoskonalenie się, indywidualizm. Skąd zatem dobór takiej właśnie estetyki i symboliki, czy naprawdę z każdej death metalowej okładki musi straszyć truposz i demony?

Tak jak powiedziałeś to symbole które niosą za sobą pewna idee lub myśl, ale także to element „dekoracji”. Tak jak w teatrze. Sztuka wymaga określonej oprawy każdy element pracuje na efekt końcowy oraz na doznania emocjonalne odbiorcy. Ta forma sztuki potrzebuje określonej oprawy. Nie zmienia to faktu, że symbole oraz treści które przedstawia artysta muszą być w zgodzie z jego przekonaniami oraz poczuciem estetyki, oczywiście w tym wypadku tak jest.

Nie masz wrażenie, że po fali super-technicznego grania, romansów z djentem i nowoczesnymi wynalazkami, coraz częściej współczesny death metal brzmi „świeżo” wtedy, gdy – paradoksalnie – jego twórcy sięgają do brudnego, old-schoolowego brzmienia?

Zacznijmy od tego że nie jestem zwolennikiem tych wszystkich nowoczesnych wynalazków, nie zmienia to faktu że zdarzają się perełki, takie jak zespół Aborted czy Cattle Decapitation, które robią na mnie wrażenie, natomiast sztuczne nigdy nie przetrwa próby czasu… popatrz na budownictwo za czasów gotyku, cały czas piękne, monumentalne i cholernie trwałe a porównajmy to do architektury z lat 70′, na owe czasy ten styl był bardzo rewolucyjny a dziś wygląda tandetnie. Oczywiście uważam, że trzeba rozwijać gatunek czerpiąc inspiracje z innej muzyki czy dziedzin sztuki, szukać inspiracji w sobie, w swoich emocjach ale z szacunkiem do tradycji. Nowoczesny metal jest pozbawiony tego ognia, tego niebezpieczeństwa, ale to oczywiście moja ocena. Zwyczajnie nie odnajduję w tym emocji, które mnie zajmują. A odpowiadając na Twoje pytanie, myślę, że nie ważne czy to jest death metal ze starej czy nowej szkoły, liczy się w tym wszystkim umiejętność aranżacji oraz szczere emocje artysty wraz z odpowiednim ładunkiem „zła” … hehe, wtedy muzyka może brzmieć świetnie niezależnie, od tego czy jest to djent czy klasyczny death metal

„Devoid of Morality” poraża brutalnością, zwłaszcza brzmieniowo, jednak w warstwie kompozycyjnej bywa jak na death metal całkiem nietypowo. Jakich gitarzystów mógłbyś wymienić jako swoje największe inspiracje?

Joe Satrianiego, jako mój niedościgniony wzór oraz mentor, jego muzyka zmieniła moje życie i jest niekończącą się inspiracją, zarówno do życia jaki do tworzenia. Zawsze moje upodobania muzyczne nie zmierzały w stronę konkretnego gatunku, lecz emocji, które niesie ze sobą dana muzyka, na co dzień słucham bardzo różnorodnej muzyki. Wymieniając dalej moich mistrzów: Zakk Wylde, Dimebag, Yngwie Malmsteen, Jeff Beck, Gary Moore, Dave Suzuki… tych gości słuchałem ucząc się gry na instrumencie, co jak myślę, poskutkowało tym, że Spirits Way nie jest zespołem wyważającym już otwarte drzwi.

Niedawno dołączyłeś do endorserów Washburna. Dla gitarowych geeków – mógłbyś opowiedzieć, z jakiego sprzętu korzystasz?

Tak, jestem bardzo dumny z tego, że Washburn zaproponował mi współpracę, to dla mnie wielkie wyróżnienie być w gronie endorserów tej marki. Od wielu lat zbieram instrumenty, każda gitara ma u mnie dożywocie… Używam wielu gitar, oprócz wspomnianej marki Washburn, z którą oficjalnie współpracuję, mam kilka Ibanezów, B.C, Richów, RANów czy Gibsonów. Co do wzmacniaczy, jestem totalnym fanem marki Marshall i mam całkiem pokaźną kolekcję wzmacniaczy oraz paczek.

Z jakiego sprzętu korzystałeś przy nagrywaniu „Devoid of Morality”?

Do sesji „Devoid of Morality” używałem gitar marki Ibanez oraz Gibson z uwagi na to, że mam do dyspozycji naprawdę wiele gitar o różnej charakterystyce i szukanie tej najlepszej kombinacji trochę nam zajęło. Prócz tego, jak zwykle wierny wzmacniacz Marshalla. Nagrałem po dwie gitary na stronę na moim starym druhu MF350 oraz na mojej tajnej broni, czyli Lampowym JCM2000. Wszystko to napędziło paczki Marshalla model 1960a oraz 1960 Vintage. Co do efektów, miałem wpiętą kaczkę Dunlop Cry Baby Zakk Wylde oraz Morlay Steve’a Vai’a, resztę efektów dodaliśmy w miksie. Sprzęt sprzętem, ale ostateczną robotę wykonał mój serdeczny kolega i człowiek z którym współpracuje od kilku lat: Andrzej Kamiński, który przy niewielkim udziale moich sugestii wykonał tytaniczną pracę produkując tę płytę.

Jakie są plany dla Spirits Way na najbliższą przyszłość?

Za każdym razem, kiedy dostaje takie pytanie odpowiadam tak samo i zawsze osiągam swój cel… Plany – to przede wszystkim praca i efektywne doskonalenie się, koncerty i za jakiś czas płyta, jak już zgramy się z nowym składem. Poza tym, wielu uważa to za zbyt wielką pewność siebie: nigdy tego nie komentowałem i nie zamierzam, więc nie słowa a czyny znów zamkną ryje niedowiarkom!

Rozmawiał Piotr Kleszewski

Zdjęcia: archiwum zespołu