Recenzja: Saltus – „Opowieści z przeszłości”

Saltus na polskiej scenie działają już od lat 90-tych, od dwudziestu lat układając pogańskie pieśni wojenne i  krzewiąc kultywowanie słowiańskich wartości. Jednak ostatni album studyjny zespołu, „Triumf”, ukazał się prawie osiem lat temu. Od tamtego czasu Saltus stracił jakby impet, ukazały się dwa splity, EPka, kompilacja, a nawet album koncertowy. Na pełnoprawnego następcę „Triumfu” przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Jeśli wierzyć zapewnieniom zespołu – już niezbyt długo, bo wydana 12 maja tego roku EPka „Opowieści z przeszłości” to przedsmak planowanego na tę jesień długograja „Jam jest Samon”. Jak ten materiał wypada i czy jest na co czekać?

Minialbum zawiera cztery kompozycje zespołu (trzy premierowe kawałki i zrewitalizowany utwór „Duch Ciemnych Borów”, pochodzący jeszcze z pierwszego dema) oraz dość niespodziewaną, autorską aranżację kurpiowskiej piosenki ludowej „U mojej matecki”. Całość trwa dwadzieścia minut z groszami, więc jest bardzo treściwie. Na przestrzeni tych dwóch dekad zespół wypracował zarówno spójny przekaz jak i charakterystyczne brzmienie. Nie inaczej jest z „Opowieściami z przeszłości”. Trzy pierwsze utwory to prawdziwie pogański blackened death z folkowymi zagrywkami, utrzymany w dość żwawych tempach, który mogliśmy usłyszeć już na poprzednich wydawnictwach zespołu. Nie brakuje też w tych riffach niemałej dawki patosu narzucającego skojarzenia z wikińskim okresem Bathory. Jeśli zespół zwalnia, to tylko po to, żeby zaakcentować deklamowane uroczyście fragmenty tekstu i po chwili znowu uderzyć w słuchacza z siłą ciśniętego przez Peruna gromu. Refreny „Czynu i Woli” czy „Czasu Zemsty” to murowane koncertowe killery.

Saltus pozwala sobie również od czasu do czasu dorzucić do swojej słowiańskiej mikstury nieco akustycznych gitar a nawet klawiszowych brzmień, używane są jednak z rozwagą, nie dominują brzmienia płyty i nie odzierają kompozycji z drapieżności. Nie do końca przemawia do mnie czwarty na płycie utwór, „Wierni Starej Tradycji”, będący próbą – jak mniemam – stworzenia czegoś będącego na poły podniosłą balladą, a na poły muzyką filmową i tłem do recytacji tekstu. O ile warstwie instrumentalnej nie mam nic do zarzucenia, tak całość naciąga i tak już szerokie w „pogańskiej” konwencji ramy tego, co dozwolone i w efekcie nieco trąci kiczem. Podobnie sprawy się mają z saltusową interpretacją „U mojej matecki”. W przypadku trzech pierwszych kompozycji „kupuję” pewną przaśność i emfazę w tekstach – to w końcu hymny wojenne wykrzykiwane pośród szczęku oręża i świstu strzał, oświetlone krwawą łuną. Natomiast z przełknięciem dwóch ostatnich propozycji mam problemy. Muszę jednak zaznaczyć, że na co dzień nie po drodze mi z folkową stylistyką, zwłaszcza w połączeniu z metalem. Bardzo możliwe, że jeśli jesteście entuzjastami takich brzmień, utwory te przypadną wam do gustu.

Od strony produkcji „Opowieści z przeszłości” są chyba najbardziej dopieszczonym materiałem, jaki dotąd wypuścił zespół. Brzmienie jest w punkt, nasycone, może nawet nieco za bardzo wygładzone w przypadku akustycznych fragmentów i wokali, w których zdecydowanie mniej jest smoły, zyskują jednak na czytelności.

Jak rysują się zatem widoki na całą płytę? Na „Opowieściach z przeszłości” Saltus udowadniają, że wciąż są w formie i mają w rękawie kilka asów (bardzo dobrze odświeżony „Duch…”, ciekawy pomysł na cover). Choć styczność z muzyką z nurtu pagan mam zazwyczaj z powodu obowiązku „bycia na bieżąco”, recenzenckich itd., a sam sięgam po nią raczej rzadko – nie mogę powiedzieć, abym słuchał „Opowieści…” bez przyjemności. Dużą zasługę miał w tym jednak czas trwania materiału i nie wiem, czy pełna płyta z takim graniem zwyczajnie by mnie nie zmęczyła. Dowiem się, mam nadzieję, już jesienią.

Piotr Kleszewski