Czy hologramy marzą o elektrycznych gitarach?

Już w najbliższą sobotę, 9 grudnia, z desek sceny warszawskiego klubu Progresja w ramach trasy Dio Returns wybrzmią największe hity Ronnie’go Jamesa Dio – legendarnego wokalisty i jednego z najbardziej rozpoznawalnych głosów w historii heavy metalu, który oprócz rozkręcenia udanej kariery solowej, dołożył także swoją cegiełkę do dziedzictwa Black Sabbath czy Rainbow. To, że muzyk nie żyje od ponad siedmiu lat, nie jest dla przedsięwzięcia żadną przeszkodą.

Na scenie pojawi się bowiem jako stworzony przez firmę Eyelussion hologram, przygrywać mu zaś będą dawni koledzy z zespołu, którzy wybrali sobie nazwę Dio’s Disciples. Swój debiut w drugim życiu Dio zaliczył na zeszłorocznej edycji festiwalu Wacken Open Air, teraz zaś najwyraźniej przyszła pora na trasę po całym świecie. I choć wszystko odbywa się z błogosławieństwem Wendy Dio, wdowy po muzyku, kontrowersje nie cichną. Pojawiają się oskarżenia o „nekrofilię”, żerowanie na dorobku zmarłych, a także pytania o to, czym właściwie jest doświadczenie koncertowe. Na ile są one zasadne?

Oczywiście, czymś naturalnym wydaje się podejście z rezerwą – instynktownie czujemy, że coś jest bardzo nie tak, jeśli wybieramy się na koncert, płacimy za bilety niemałe pieniądze, a gwiazda wieczoru to tylko iluzja optyczna i głos puszczony z taśmy. Zmieńmy jednak na chwilę perspektywę i zastanówmy się nad postępem technologicznym w rejestrowaniu utworów.

„Pierdolone SKUR-WY-SY-NY, jak można tak bezczelnie wykorzystywać dla pieniędzy dorobek zmarłej legendy!!!” – nie powiedział nikt nigdy na widok plakatu reklamującego Dni Chopina w lokalnej filharmonii. I jasne, absolutnie nie chcę porównywać tutaj twórczości Fryderyka Chopina z Dio na płaszczyźnie muzycznej. Jedyne porównanie, jakie jest zasadne, to porównanie dwóch istotnych dla kultury twórców – to, że jeden z nich napisał „Etiudę rewolucyjną” i odkrył na nowo nokturn dla muzyki poważnej, a drugi wył do wtóru przesterowanych gitar pieśni o tęczach i smokach nie ma żadnego znaczenia. Zresztą Chopin jest tu tylko metaforą i możecie w to miejsce wstawić nazwisko jakiegokolwiek kompozytora, który tworzył w czasach, w których rejestracja wykonań była niemożliwa. Kiedyś jedynym możliwym sposobem utrwalenia muzyki – pomijając tradycję ustną i funkcjonowanie pewnych utworów w pamięci zbiorowej danych społeczności – był zapis nutowy. A więc nawet nie dźwięk, tylko sam „przepis” na utwór, pozbawiony czynnika wykonawcy.

Wraz z postępem technologicznym i pojawieniem się nagrań audio utwór, który nie funkcjonował już tylko abstrakcyjny zapis, ale nabierał zniuansowanego charakteru naznaczonego piętnem indywidualnego wykonawcy mógł zostać utrwalony w tej właśnie konkretnej wersji. Kolejnym krokiem było wideo – dzięki niemu możemy już nie tylko słuchać wykonawcy i jego interpretacji, ale także obserwować artystę przy pracy, śledzić jego zachowania sceniczne i to, w jaki sposób przeżywa emocje towarzyszące wykonaniu. Wszystko to zbliża odbiorcę coraz bardziej do możliwości powtórnego przeżycia „stanu idealnego” – koncertu na żywo. Czy zatem naturalnym krokiem w przyszłość nie są właśnie takie zabiegi, którym został poddany Dio? W jaki sposób taki koncert jest gorszy od na przykład DVD koncertowego? Czy wyrazem podobnego sentymentu nie są koncerty dinozaurów kultury masowej, grających swoje płyty sprzed -dziesięciu lat?

Dio nie jest zresztą pierwszym wskrzeszonym przez hologram artystą – 5 lat temu świat zelektryzował występ Snoop Dogga, w trakcie którego na scenie na kilka chwil „pojawił się” Tupac Shakur. Jeszcze bardziej progresywne podejście można zaobserwować u Japończyków – w 2007 roku firma Crypton Future Media wydała syntezator śpiewu, którego twarzą została Hatsune Miku (imię to można przetłumaczyć jako „pierwszy dźwięk/ brzmienie z przyszłości”). Miku ma 158 cm wzrostu, długie, turkusowe kucyki, które podkreślają kolor jej oczu, a także od 10 lat pozostaje 16-latką – bo tak naprawdę nie istnieje. Nie przeszkadza jej to jednak w graniu wyprzedanych tras koncertowych, a w swoim dorobku ma ponad 100 tysięcy utworów. Na koncertach od 2010 roku występuje właśnie jako hologram – wcześniej pojawiała się na telebimach. Przypadek Hatsune Miku jest ciekawy również z innego względu – repertuar koncertów składa się z utworów napisanych przez fanów przy użyciu wspomnianego oprogramowania, w bardzo interesujący sposób zacierają się granice między twórcą a odbiorcą – to chyba jednak temat na oddzielny tekst.

Lars Ulrich z Metalliki w jednym z wywiadów entuzjastycznie wypowiedział się na temat takich koncertów przyszłości, rozważając czy Metallica kiedyś, za jakiś czas, nie zmieni się właśnie w zespół złożony całkowicie z hologramów – dzięki temu kolejne fani z kolejnych pokoleń mogliby przeżywać na żywo koncerty swoich ulubionych wykonawców i to w szczytowej formie. I nie musieliby się martwić tym, czy Lars równo zagra. Wodze fantazji można popuścić zresztą jeszcze mocniej – skoro teraz mamy hologramy, to co będzie za parę lat? Android Eminema, który nie tylko będzie „wyglądał”, ale też biegał po scenie i zbijał piątki z fanami z pierwszych rzędów? Lemmy w wersji z lat 80′, niezmordowany i wlewający w biomechaniczne bebechy kolejne litry łychy? David Bowie w trakcie koncertu zmieniający się jak kameleon, raz starzejąc się, raz młodniejąc, w trakcie prezentowania setu z przekrojowym dorobkiem? A może VR-owy koncert młodej Madonny, którą dzięki płatnym DLC możemy przebierać w różne fancy ciuchy? Interesującym zagadnieniem jest też nie tylko kolejny poziom odtwarzania na żywo tego, co już zostało kiedyś zarejestrowane, ale wykorzystywanie tych narzędzi do tworzenia rzeczy nowych – fikcyjny zespół Gorillaz odtwarza w teledyskach muzykę napisaną przez człowieka, podobnie wspomniana wcześniej Hatsune Miku (pomijam już zupełnie sety DJskie i gros muzyki elektronicznej). A co jeśli kiedyś połączymy nowoczesne techniki audio-wizualne ze sztuczną inteligencją? Nauczymy już-nie-tak-wirtualnych muzyków nie tylko odtwarzać, ale też reagować, improwizować?

Fajne? A może trochę straszne? Wydaje mi się, że przede wszystkim jednak nowe i nieznane (choć niektórzy mogli by stwierdzić, że w swoim działaniu na kulturę wręcz reakcyjne). Oczywiście, część a może i nawet wszystkie powyższe przypuszczenia, jedynie przypuszczeniami pozostaną. Wracając zaś do clue sprawy – Lars we wspomnianym wywiadzie zauważa, że koncert to nie tylko muzyka, ale także pewne doświadczenie i emocje dzielone zbiorowo, wymiana energii i zacieranie granic między wykonawcą i odbiorcą. O ile ja sam odbieram muzykę, nawet na koncertach, dosyć introwertycznie i przeżywanie jej jest dla mnie bardzo intymnym, osobistym doświadczeniem, tak trudno mi pewnej racji perkusiście Mety nie przyznać. Ale póki co, wychodzę zaraz na koncert przeżywać jak grają Ketha, So Slow i Merkabah. Na żywo-żywo.

Piotr Kleszewski

Artykuły, które pomogły mi w opracowaniu tego tekstu:

https://www.wmagazine.com/story/hatsune-miku-crypton-future

http://loudwire.com/lars-ulrich-metallica-hologram-fine-with-me/

a także dyskusja w grupie Trzy Szóstki pod TYM postem