Michał „Nihil” Kuźniak: „To kapie powoli”

Przy okazji trasy „Za ćmą w dym” udało nam się po raz drugi porozmawiać z Michałem „Nihilem” Kuźniakiem. Choć nie udało się nam zupełnie uciec od tematu „Wesela”, staraliśmy się skupić głównie na Furii. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak z perspektywy Nihila wygląda japoński metal, jak nasz rozmówca postrzega swój rozwój jako tekściarza i co u licha dzieje się z Morowe i innymi projektami spod znaku Let The World Burn – zapraszamy do lektury.

*

W kilku wywiadach podkreślałeś, że muzyka zachodnia, zwłaszcza mainstreamowa, jest w kryzysie. Czy mógłbyś rozwinąć tę myśl? Co jest z nią nie tak?

Właściwie to nie wiem, czy muzyka jest w kryzysie, czy ja sam. Ale zakładając, że to muzyka jest pod kreską, określiłbym to tak: jest prościej, coraz więcej schematów jest powielanych, melodie są słabsze, teksty są słabsze, wszystko jest na niższym poziomie. Przy czym sprzedawane jest to w taki sposób, że ludzie myślą, że jest na odwrót. Zdecydowanie, jeśli porównamy dzisiejszą muzykę mainstreamową z tą sprzed kilkudziesięciu lat, to ewidentny jest wyższy poziom starszych nagrań. Również wykonawczy – kiedyś przecież nagrywano na setkę, trzeba było po prostu umieć grać. Dzisiaj nie musimy tego robić, studio zrobi to za nas. To wszystko w jakiś sposób przekłada się na jakość muzyki.

Czy moglibyśmy skonkretyzować nieco ten problem? Co najbardziej nie podoba Ci się w dzisiejszej muzyce popularnej a jakich wykonawców sprzed tych kilkudziesięciu lat mógłbyś zaproponować jako kontrprzykład?

Pierwszy przykład z dawnych lat, który mi się nasuwa to chociażby Led Zeppelin, którzy porażają do dzisiaj jakością swojej muzy, zupełnie się ona nie zestarzała i wciąż kopie tak jak wtedy. I to jest fajna różnica i chyba właśnie ten wyznacznik – dzisiejsze hity dezaktualizują się po paru miesiącach i potem przestają istnieć. Nie pamiętamy ich, a te piosenki z dawnych lat, nawet z lat 90′, gdy puszczą je w radio, wszyscy je kojarzą, nawet jeśli nie słuchają na co dzień muzyki popowej. Nie pamiętamy dzisiejszych utworów, a te stare się tak wrzynają, że są nieśmiertelne. Nieskończone. Ciężko mi teraz podać jakiś konkretny kontrprzykład ze współczesnej muzyki popularnej, ale chyba o to właśnie chodzi, po prostu nie pamiętam tych rzeczy.

Nic nie zostaje? A chociażby (tutaj Piotr podejmuje równie żałosną co brawurową próbę zanucenia „ …Baby One More Time” Britney Spears) z początku lat dwutysięcznych (właściwie z 1998 r., czyli sprzed prawie 20! lat, za szybko ten czas leci – przyp. P.K.)? Czy to nie jest kwestia tego, że muzyka rockowa nie jest aż tak bardzo w mainstreamie jak dawniej i sposób samej dystrybucji muzyki się zmienił – każdy słucha wszystkiego, nie ma nowych ikon, herosów tej muzyki?

Zdecydowanie nie ma, ponieważ dzisiaj nie wygląda to tak, że wybijają się osobowości, które mają to szczęście, że oprócz popularności posiadają też talent, technikę, wszystkie elementy niezbędne do tego, żeby być ikoną. Dzisiaj działa to raczej na zasadzie castingów – trzeba mieć twarz albo odpowiednio kształtną dupę, resztę się dorobi. Nie trzeba mieć techniki, nie trzeba umieć śpiewać, nie trzeba mieć nawet dobrych piosenek. Jeśli chodzi o Britney Spears, gdy przypomniałeś ten tekst – faktycznie, pamiętam go, ale mam wrażenie, że było to po prostu nam wciskane tak mocno, że gdzieś się wryło.

Niedawno odbyliście trasę po Japonii, udało wam się wyruszyć poza Europę. Czy dostrzegasz podobne tendencje również tam, czy udało Ci się uszczknąć trochę tej kultury i muzyki? Japończycy wydają się bowiem niezwykle spragnieni muzyki z Europy, spoza Azji (co byłoby pewnym paradoksem, gdyż kultura japońska jest niezwykle ksenofobiczna). Jak to wygląda w zestawieniu z ich własną muzyką, którą miałeś okazję zaobserwować?

Zgadza się, jest to paradoks. Zauważyłem, że faktycznie jest tak jak powiedziałeś – Japończycy są niezwykle głodni Europy, a jeszcze bardziej Stanów Zjednoczonych. Zdziwiło mnie to, wydawało mi się, że po wydarzeniach XX wieku nie będą z nimi żyć zbyt dobrze – a tymczasem w Japonii grają w baseballa! Wracając do muzyki – nie wiem, jak jest z mainstreamem, nie miałem okazji się temu przyjrzeć, zdążyłem za to zauważyć jak jest z metalem. I jest tak jak mówicie – są napaleni na europejski metal. Bardzo ciekawe było też dla mnie to, że oglądając i słuchając japońskich supportów, miałem wrażenie jakbym słyszał zespoły europejskie, ale 10 czy 20 lat temu. Czułem bijącą z tego dzikość, szczerość, taki szczeniacki szał, który już u nas zniknął – z czego zdałem sobie sprawę właśnie wtedy. W europejskim metalu jakoś się poukładaliśmy, zaczęliśmy myśleć koncepcyjnie, jesteśmy lepsi technicznie, wykraczamy poza kanon subkulturowy, w przeciwieństwie do lat 80′, 90′ – nie jest to już garażowe, zbuntowane granie. A u Japończyków właśnie takie granie wyczułem i to było świetne.

Muzykę z Japonii postrzega się u nas częściej raczej jako ciekawostkę, nie ma chyba w Europie jakiejś szczególnej potrzeby jej poznawania, nie widzi się na przykład zbyt wielu zespołów stamtąd koncertujących, czy to po Polsce czy po Europie. Myślisz, że mają potencjał, żeby jakoś zainteresować zachodniego odbiorcę tym podejściem, o którym wspomniałeś?

I mają i nie mają i może od tej drugiej kwestii zacznę. U niektórych zespołów, które miałem okazję oglądać, oprócz tej dobrej dla muzyki dzikości widziałem też po prostu fascynację Zachodem i powielanie naszej ścieżki. Z drugiej strony, nie trzeba być w Japonii, żeby wiedzieć, że mają też coś swojego, również dzikiego, ale w sposób inny niż nasz. Mam na myśli te najbardziej ekstremalne rzeczy, noise’owe i tak dalej. Dla nas, Europejczyków i Amerykanów jest to coś zupełnie egzotycznego, my tak nie potrafimy. Więc są dwie strony medalu, dobra i zła.

Wróćmy jednak do Furii – w Japonii spotkaliście się z dobrym przyjęciem, prawda?

Tak, zdecydowanie.

Zastanawiam się jak jest z odbiorem waszej muzyki przez słuchaczy, którzy nie znają języka polskiego. Mimo tego, że zdarzały wam się utwory instrumentalne, chociażby bardzo eksperymentalna jak na was EP-ka „W melancholii”, to jednak wydaje mi się, że Twoje teksty są czynnikiem, który porządkuje postrzeganie waszej muzyki. Czy Twoim zdaniem odbiór emocji, które próbujesz przekazać w Furii, bez rozumienia tekstu, jest możliwy?

Mam nadzieję, że w jakiejś mierze tak. Wiem, że na pewno nie da się zrobić tego w ten sposób, żeby to stuprocentowo oddać – no bo jak wytłumaczyć Japończykowi czym jest Śląsk? Albo Siemianowice? Ale z drugiej strony, naszym celem jest też nauczyć się robić muzykę tak, żebyśmy nie musieli używać słów. To, jak mi się wydaje, w dużej mierze się udaje – mam odsłuchy od ludzi, którzy obcują z naszą muzyką i nie są polskojęzyczni i oni łapią to, co jest przekazywane w sferze muzycznej. To zaskakujące i satysfakcjonujące. Właśnie o to chodzi i dobrze by było jeszcze lepiej to robić, żeby przekazywać wyłącznie muzyką to, co ma się do powiedzenia.

Jak patrzysz na swój rozwój jako tekściarza? Gdy rozmawialiśmy dwa tygodnie temu, mówiłeś, że Wyspiańskim nie chcesz się już poza „Weselem” wspomagać, że „fedrujecie w sobie”, że pozwolę sobie zacytować. W waszej twórczości zdarzały się jednak epizody, gdy stosowałeś zapożyczenia – chociażby na EP-ce „Huta Laura/ Katowice/ Królewska Huta” śpiewasz tekst Sergiusza Jesienina. Natomiast w kontekście tego, o czym powiedziałeś przed chwilą – wydaje mi się, że Twoje teksty zbiegiem lat stawały się coraz bardziej oszczędne w słowa…

Ciężko powiedzieć, ponieważ nie jestem obiektywny wobec siebie. Ale takie sytuacje, jak ta z teatrem: przychodzi do mnie Jan Klata i porównuje „Zamawianie Drugie” z Wyspiańskim, zestawia je z tekstem „Wesela” w spektaklu, nie rezygnuje z tekstu utworu, ale wręcz mówi, że to gra razem, żebyśmy to wpletli, takie sytuacje sprawiają, że mam wrażenie, że się rozwinąłem, że te teksty są lepsze. Starsze rzeczy postrzegam jako grafomanię i brak warsztatu, ale z drugiej strony widzę w nich szczerość, siebie wtedy – mimo tego, że warsztatowo nie są dobre, podpisuję się pod nimi. Przygotowaliśmy na tę trasę dwa numery z demówek i numer z „Martwej…”, którego wcześniej nie graliśmy. Gdy braliśmy je na warsztat przed trasą, zastanawiałem się, czy by nie „przearanżować” tych tekstów, bo nie podobają mi się w całości. Ale stwierdziłem, że tego nie zrobię, skoro wygrzebujemy stare numery, to niech teksty zostaną, nawet jeśli są złe warsztatowo. Ale wtedy warsztat był dla nas zupełnie nieistotny. Liczyło się szczeniackie walenie po pysku i totalna otwartość.

Jednak cały czas pozwalasz sobie trochę się ze słuchaczem pobawić, wziąć go pod włos – w utworze „Tam jest tu” z „Księżyca… „ jest fragment „kiedy pierdnę, podamy sobie dłonie”, który zupełnie przełamuje cały ten patos i to, w jaki sposób te emocje były wcześniej budowane.

Nie, nie bawię się ze słuchaczem, ponieważ nie biorę go zupełnie pod uwagę. Piszę o sobie, o nas, odbiorca tu nie ma nic do rzeczy, to są sprawy, które są w nas. A że pierdzimy… to też i o pierdzeniu się coś znajdzie.

Wspominałeś w lutym w jednym z wywiadów, że planujesz powrót z Morowe. Czy plany te są aktualne?

Chce mi się odpowiedzieć, że tak, tylko nie chcę kłamać. Problem polega na tym, że nie mamy zupełnie czasu. Ta trasa, jakieś pojedyncze koncerty a głównie teatr pochłaniają masę czasu. To jedyny powód odkładania tego na później, bo morowego materiału mamy bardzo dużo i moglibyśmy już właściwie przystępować do kończenia sprawy. Bardzo chcę to zrobić, bardzo podoba nam się materiał, który mamy – ale na razie hamuje nas brak czasu.

Twoje pozostałe projekty, CSSABA, FDS – również zeszły na razie na drugi plan?

Ta sama sytuacja co z Morowe, z FDS mamy nową płytę praktycznie już zrobioną i to od lat, mam masę jakichś pojedynczych numerów. Jest jeszcze jedna rzecz – na Furię pojawił się pewien popyt, na co chętnie przystaliśmy. Dzięki temu całą resztę muzyki, którą robimy, robimy na totalnym luzie, takim posuniętym do granic możliwości. Podobają mi się efekty tego.

Gdybyś miał występować dzisiaj z Morowe, czy zdecydowałbyś się na w pewien sposób teatralne prezentowanie tej muzyki, maski, pewną anonimowość?

Ciężkie pytanie. Nie umiem odpowiedzieć, bo nie mam jeszcze kształtu tej nowej płyty i tekstów, o czym powinienem był powiedzieć wcześniej – to jest powód, z którego Morowe „stoi”. Odpowiedź zależałaby od tekstów, grafiki i całej otoczki – a tych jeszcze nie ma.

A czy planujecie robić coś jeszcze z Massemord? Furia wydaje mi się być waszym dojrzalszym obliczem, ale też czymś, co robiliście przez lata i zmieniało się razem z wami, podczas gdy Massemord to był po prostu cios, strzał w pysk. Masz jeszcze w sobie tę agresję, którą chciałeś przekazywać w Massemord?

Nie, zdecydowanie nie mam jej tyle, co kiedyś. To samo, swoją drogą, tyczy się też reszty zespołu. Z Massemord mamy jednak o tyle fajną sytuację, że raz na jakiś czas zagramy koncert – średnio raz do roku – i to się bardzo dobrze sprawdza, dzięki temu możemy te numery wykonywać szczerze. Póki co, dobrze nam z tym i tak chyba zostanie. Istnieje temat nowego Massemord, ale wiem, że jeśli ta płyta ma powstać, to będzie długo kapało…

A czy istnieje już temat nowej Furii? „Księżyc… „ był bardzo dobrze przyjętym albumem, czy macie już głód tworzenia nowego materiału?

Tak, w zasadzie mamy już dwa materiały, na razie w sferze koncepcji i przemyśleń – bardzo konkretnych. Nie realizujemy ich jeszcze z powodu braku czasu i z powodu ciągnięcia tematu samego „Księżyca…”, który wciąż rezonuje – przecież dopiero teraz, rok po premierze, gramy polską trasę promującą płytę, do tego teatr… Nowa Furia kapie, ale świadomie i celowo się z tym wstrzymujemy, nie rzeźbimy w tym jeszcze.

Nie czujecie presji ze strony fanów, krytyki? Nie czujecie się przytłoczeni sukcesem?

Nie.

Rozmawiali Michał Smoll i Piotr Kleszewski

Comments

comments