Zbigniew „Inferno” Promiński: „Nie ma żadnej presji”

Zbigniewa „Inferno” Promińskiego, jednego z najbardziej cenionych polskich perkusistów, nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Przyczynkiem i głównym tematem naszej rozmowy była niedawno wydana płyta Azarath – „In Extremis”, ale zahaczyliśmy też o malarstwo ze snów i koncerty.

*

Piotr Kleszewski: Chciałbym zacząć od najbardziej oczywistego pytania. Na „In Extremis” musieliśmy czekać aż sześć lat. Biorąc pod uwagę stronę organizacyjną, wszystkie wasze zobowiązania poza Azarath i inne komplikacje, również zdrowotne – jest to raczej zrozumiałe od strony, ujmijmy to, organizacyjnej. Co jednak musiało się wydarzyć, oprócz przezwyciężenia tych trudności, aby ta płyta powstała?

Zbigniew Promiński: Ta płyta jest, tak jak i poprzednie, odzwierciedleniem tego, co nam w duszach gra. Nas nic tak naprawdę nie goni i nie spieszy, nie ma żadnej presji. Nagrywamy wtedy, kiedy uznamy, że to jest właśnie ten moment. Nie musimy się takimi rzeczami przejmować, a i tak uważam, że ten odstęp czasowy nie jest aż tak wielki, w międzyczasie zagrałem mnóstwo tras, udało się nagrać nowy album Witchmaster, udało się pochorować i wyzdrowieć.

Czyli przyczynkiem do powstania tej płyty były jakieś wasze konkretne przeżycia i chęć wyrażenia artystycznie powstałych przy nich emocji?

Zawsze się tak dzieje i te dźwięki, które snują się gdzieś tam po głowie wychodzą na zewnątrz i mamy to, co mamy.

Deklarowaliście, że „In Extremis” to w pewien sposób powrót do korzeni. Zmieniliście nieco kierunek muzyczny, w którym podążaliście na „Blasphemer’s Maledictions”. W moim odczuciu te dwie płyty nie są aż tak diametralnie różne od siebie, nie ma znaczącej wolty stylistycznej, cały czas brzmicie jak Azarath. Czym w twoim odczuciu ten powrót do korzeni się wyraża i czy się udał?

Przede wszystkim muzyka musi się nam podobać, to jest najważniejsze i nie sugerujemy się niczym, czy jest to jakiś powrót do korzeni, czy nie.. Ciężko mi też porównywać te dwa albumy. Był to zupełnie inny okres w życiu, zupełnie inne emocje, a to one mają największy wpływ na te sprawy.

A kiedy dokładnie powstawało „In Extremis”?

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Nie była to praca ciągła, pracowaliśmy tzw. blokami czasowymi. Tak samo sesja była rozłożona w czasie, jeśli się nie mylę, od marca do listopada 2016 roku.

Pracowaliście nad płytą spotykając się i ogrywając materiał na próbach czy korespondencyjnie?

Różnie, ten pierwszy etap jest najbardziej korespondencyjny, kiedy powstają pierwsze zalążki utworów. Gdy powstaną trzy-cztery pierwsze jasno nakreślone numery, wtedy spotykamy się i pracujemy dalej nad resztą – mam tu na myśli gitary i bębny, bo teksty tak naprawdę powstają, kiedy konstrukcje utworów są już całkowicie zamknięte.

Na tym albumie wzięliście na warsztat tematykę samej śmierci – z jednej strony umiarkowanie kreatywnie, gracie było – nie było, death metal, z drugiej – podeszliście do tego w trochę inny sposób, analizując to zagadnienie z punktu widzenia różnych kultur. Skąd pomysł, aby ująć to w ten sposób?

Powiem ci, że jeśli chodzi o pisanie tekstów, to jestem fatalny. Staraliśmy się znaleźć do tego odpowiednią osobę w postaci Grega(Malahida – przyp. Z.P.), który odpowiedzialny jest za połowę tekstów, drugą połowę napisał Marek (Marek „Necrosodom” Lachowski – przyp. red.) i są to już rzeczy bardziej w jego stylu. Razem współpracowali i wszystko ze sobą konsultowali, tak aby tworzyło to spójną całość. Rozmawialiśmy dużo na ten temat, o tym, które rzeczy są ciekawe i nie były wcześniej za bardzo eksploatowane. Mam na myśli chociażby kult Aghori z Varanasi w Indiach, zagadnienia z tybetańskiej księgi umarłych czy Liber ABA Crowley’a.

Ten temat chciałem właśnie pociągnąć, bo tematyka hinduistyczna nie jest zbyt często wykorzystywana w muzyce metalowej. Zdarzała się w twórczości Impaled Nazarene, jest Cult of Fire, na naszym rodzimym gruncie Thunderwar dotykali tej tematyki, ale poza tym jest to raczej rzadka tematyka. Skąd pomysł na te wątki?

To tak naprawdę wyszło bardzo konkretnie od Grega, ponieważ w jakiś sposób udziela się w polskim oddziale O.T.O. (Ordo Templi Orientis – przyp. red.) i sam zaproponował, aby sięgnąć w tę stronę. Pomyślałem – czemu nie, skoro eksploatuje się dzisiaj na maksa wszystkie te tzw. świecznikowe historie. Moim zdaniem wyszło bardzo dobrze, świetnie koresponduje z muzyką i tworzy obraz całości. To samo tyczy się okładki.

Autorką okładki, z tego co wiem, jest twoja małżonka?

Zgadza się.

Pewnie nie będę teraz oryginalny i słyszałeś to już dziesiątki, jeśli nie setki razy, ale moje pierwsze skojarzenie to obraz AA72 Zdzisława Beksińskiego. Okładka powstała specjalnie na potrzeby płyty, czy wybraliście po prostu jeden z obrazów, które namalowała twoja żona?

Na potrzeby płyty. Okładka powstawała pół roku, jest to obraz 1×1 metr na płótnie, malowany techniką olejną. W kontekście kompozycji istotną inspiracją był szpaler zmumifikowanych mnichów z katakumb w Palermo. Przeszedł on mnóstwo zmian i transformacji aby osiągnąć wreszcie swoją ostateczną tożsamość. Moim zdaniem wyszło rewelacyjnie a jeśli chodzi o porównanie – chyba można to odebrać tylko jako komplement.

Nie miałem nic innego na myśli. Jeśli zaś chodzi o kulisy powstawania obrazu, nie tyle techniczne, co merytoryczne… Znalazłem w internecie informacje, że twoja żona określa swoje malarstwo jako hipnagogiczne. Hipnagogia to jest ten stan świadomości pomiędzy jawą a snem, kiedy omamy lub doświadczenia są bardzo zintensyfikowane. Zastanawiam się, czy jest jakaś analogia pomiędzy tym, a stanem zawieszania między życiem i śmiercią?

Mnóstwo rzeczy związanych z malarstwem Marty, w zasadzie większość, ma związek ze snami. To jest przełożenie tego wszystkiego na płótno. Z tego, co ja zrozumiałem – tak to właśnie wygląda.

Miałeś jakiś wpływ na to, jak ten obraz ostatecznie wygląda, czy postawiłeś na pełne zaufanie?

Miałem zaufanie, bo wierzę w talent i warsztat. Jakieś sugestie się oczywiście z mojej strony pojawiały, ale jeśli chodzi o wykonanie, technikę – umówmy się, ja się na tym kompletnie nie znam więc nawet by mi nie wypadało.

Chciałem jeszcze zapytać o dosyć niedawną sprawę. W połowie marca, w przeddzień premiery albumu, z Azarath odszedł Necrosodom. Możesz powiedzieć coś o powodach jego odejścia? 

Jest to naturalna kolej rzeczy, kiedy coś nie działa tak jak trzeba, takie rzeczy się dzieją. Na razie nie chcemy się za bardzo ustosunkowywać do tego, dopóki nie zbierzemy nowego składu. Najbliższy festiwal zagramy w składzie gościnnym i nie ma sensu o tym pisać. Ale jak już znajdziemy następcę, odniesiemy się do wszystkiego – mam nadzieję, że w ciągu miesiąca i dłużej to nie będzie trwało.*

*(cztery dni temu zespół ogłosił, że zastępczo współpracuje ze Skullriperem z Embrional – przyp. P.K.)

No właśnie, jutro gracie na, nomen-omen, Inferno Festival w Norwegii. Chciałem zapytać za to o koncerty w kraju, bo na razie poza wspomnianym festiwalem ogłaszaliście tylko swój występ na Party San Metal Open Air 10 sierpnia.

Będzie to ostatni weekend września i pierwszy weekend października plus jakieś dwa dni w tygodniu, czyli łącznie 8 koncertów. W tej chwili mamy te daty zarezerwowane i przygotowujemy się powolutku do koncertów, bo już w trakcie prób przy przygotowywaniach do tych festiwali myśleliśmy o jesiennej trasie.

Na koniec chciałem zadać dwa pytania niezwiązane z Azarath. Jakiś czas temu pojawiły się w sieci dwa utwory projektu The Fall, w którym grałeś z Piotrem Połaciem (Bracia Figo Fagot) i Piotrem Rutkowskim (Spirit). Jak doszło do tej współpracy i czy zamierzacie ją kontynuować?

Nie zamierzamy, bo raz – nie pozwala na to czas i logistyka, dwa – nie zahulało to chyba do końca tak, jak powinno. Chcieliśmy po prostu spróbować, bo kiedyś siedząc przy jakimś piwku postanowiliśmy się spotkać w sali prób i zwyczajnie sprawdzić, jakiego rodzaju energia z tego wyjdzie. Na tamtą chwilę było bardzo fajnie. Niestety z nadmiaru obowiązków, które każdy z nas ma na głowie, nie jest możliwa kontynuacja tego tworu.

Czy możesz coś zdradzić na temat nowej płyty Behemoth, nad którą pracujecie?

W przypadku Behemoth wygląda to tak, że nie do końca wiadomo, co to będzie. Te utwory w tym początkowym okresie brzmią zupełnie inaczej niż nagrane w studiu. Mimo tego, że mamy już 13 utworów i w maju wchodzimy do studia z zamiarem nagrania singla, to ciężko mi stwierdzić, jaką to wszystko będzie miało formę na samym końcu i jak będzie brzmiało. Powiem ci tylko, że jeśli miałbym określić to jednym słowem – będzie dość epicko.

Dziękuję za rozmowę.

Dzięki.

Zdjęcie: Oskar Szramka, źródło – Facebook zespołu

Comments

comments