Martin Persner [MCC]: „Nie umiemy robić filmów, więc chyba będziemy zmuszeni zostać przy pisaniu piosenek”

English readers – click HERE.

Coś się kończy, coś zaczyna. Na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy wokół pewnego szwedzkiego zespołu składającego się z bezimiennych ghouli i papieża, zrobiło się niemałe zamieszanie. Teraz, przebudzone po latach spoczynku, powracają duchy przeszłości. Magna Carta Cartel wrócili z nową EPką „The Demon King”. Rozmawialiśmy z Martinem Persnerem, wokalistą i gitarzystą grupy na temat nowej płyty MCC, emocjach po odejściu M. z Ghost oraz kondycji współczesnej szwedzkiej sceny.

*

Piotr Kleszewski: Wokół sytuacji z Ghost było ostatnio sporo zamieszania, nie dolewajmy jednak oliwy do ognia. Cały ten zgiełk w pewien sposób przyćmił powrót MCC do świata żywych, choć szczerze mówiąc, wy sami również nie ujawnialiście zbyt wielu szczegółów. Czy mógłbyś krótko podsumować to, co działo się w ostatnim czasie w MCC, kiedy zdecydowaliście się na wskrzeszenie zespołu i w jakim obecnie składzie gracie?

Martin Persner: Tak, rzeczywiście Magna Carta Cartel był zespołem uśpionym, ponieważ większość nas grała również w Ghost. Pisaliśmy wówczas również muzykę dla MCC (a także dla Tid), ale nie wydawało nam się właściwym zarejestrować i wydać ten materiał – było tak dlatego, ponieważ nie byłoby najmniejszej szansy na to, że będziemy mieć czas, aby koncertować jako MCC. Brakowało nam zwyczajnie czasu i energii z racji tego, jak intensywnie koncertowaliśmy w Ghost. Plan na to, żeby koncertować i nagrywać jako MCC istniał jednak od dawna – i teraz, zupełnie nagle, okazało się, że jest na to czas. Jak widać, pomysł przebudzenia MCC nie jest czymś nowym. Obecny skład zespołu to: Martin Persner (wokal, gitara), Arvid Persner (perkusja, gitara) i Pär Glendor (bas, gitara).

Słowa „Sway”, pierwszego utworu singla promującego EPkę „The Demon King” brzmią „Stops for a blink/ Letting the mask fall to ground” („Zatrzymuje się na mgnienie oka/ Pozwalając by opadła maska”), jeśli dobrze usłyszałem, to zmieniliście je w stosunku do wersji demo. Również w dalszej części tekstu, trudno nie zauważyć pewnej ukrytej ironii i retrospektywności. To twój sposób na radzenie sobie z widmami przeszłości? Po wszystkim czujesz raczej ulgę czy żal?

Byłoby całkiem ciekawe, gdyby tak właśnie było, nieprawdaż? (śmiech) Ale nie, jest zupełnie inaczej. „Sway” pochodzi jeszcze z roku 2004. Napisanie całej piosenki zajęło mi jakieś 20 minut, a opowiada ona o dziewczynie. Nigdy wcześniej ani później nie napisałem całej piosenki tak szybko – tekst, muzyka, wszystko za jednym razem. Tekst, który napisałem w 2004 r. jest DOKŁADNIE tym samym, który można usłyszeć w najnowszej wersji. No dobra, tak naprawdę zmieniłem dosłownie jedno słowo kiedy nagrywałem tym razem wokale. Jeśli je znajdziesz, uściskam cię serdecznie i postawię ci piwo gdy będziemy mieli okazję się spotkać.

„Sway” zostało nagrane trzy razy: w 2004 roku (demo), 2010 (demo) i w 2016 (tym razem na potrzeby pierwszego oficjalnego wydania na EPce „The Demon King” w 2017 r.). Aby wyklarować sytuację jeszcze bardziej: tekst jest o kimś, kto jest wściekły na dziewczynę. Refren piosenki miał być pierwotnie śpiewany przez wokalistkę, ponieważ tekst refrenu odnosi się do sytuacji właśnie z perspektywy dziewczyny. To bardzo gorzka i gniewna piosenka, ale nie jest o osobie, o której myślisz. Wersję demo z 2010 roku trzymaliśmy na swoim profilu na MySpace, ktoś ją znalazł i wrzucił na YouTube kilka lat temu. W międzyczasie ktoś inny, nieco mniej zdolny jeśli chodzi o język angielski spisał ze słuchu tekst (choć nie mogę mieć do tego kogoś pretensji – nie mam ani dykcji jak rzecznik króla, ani jakość nagrania nie była oszałamiająca). Tak, czy inaczej – ktoś źle usłyszał tekst i utrwalił błąd (wiesz, jak „Aids in Space” albo „Pink Freud”), teraz ta zła wersja krąży w obiegu, a ludzie dostają ataku sraczki i myślą, że zmieniliśmy słowa. Hm, nie mają racji. Miejmy nadzieję, że przynajmniej dobrze się bawili.

Chciałbym też dodać, że w przypadku utworu „Turn” rzeczywiście zmieniłem słowa, ponieważ po powrocie do pracy nad nim zorientowałem się, że wersja z 2010 była jedynie szybką prowizorką i w zasadzie nie opowiadała o niczym. Zarówno ja, jak i MCC rozumiemy, że ludzie są przekonani, że te teksty opowiadają o sytuacji z Ghost i całej tej gównoburzy, ale tak po prostu nie jest. Ale z drugiej strony? (śmiech) Wydaje mi się, że ludzie znajdują  przekaz dotyczący Ghost nawet w naszych instrumentalnych utworach, gdziekolwiek i jakkolwiek im to pasuje. Ludzie lubią dramy. I nikt nie może być bardziej zadowolony z sytuacji niż my sami – tworzymy sztukę i kreujemy emocje, więc jest tak, jak być powinno. Nie czuję ani żalu ani ulgi.

Najprawdopodobniej przez jakiś czas, kto wie jak długo, będziesz musiał męczyć się z plakietką „tego gościa, który grał w Ghost”. Twoim zdaniem to bardziej przekleństwo czy błogosławieństwo, które możesz wykorzystać?

To nie jest i nie może stać się problemem. Taka jest prawda. I dobrze. Gdybyśmy byli zespołem, który brzmi, wygląda i próbuje być jak Ghost – wtedy porównania i plakietka „byłego muzyka Ghost” byłaby bardzo smutną i złą rzeczą.  Ale na szczęście nie jesteśmy, więc jest to błogosławieństwo. Chociaż, bardziej niż błogosławieństwo, są to blizny i ordery. Jest dobrze.

Najbardziej uderzającą rzeczą w waszej muzyce jest dla mnie kontrast pomiędzy estetyczną, kojącą i piękną muzyką a tematyką tekstów. Na przykład „The Demon King” jest metaforyczną opowieścią o osobie zmagającej się z zaburzeniami kompulsywnymi i fobią społeczną. Skąd pomysł na połączenie tak relaksujących i przyjemnych dźwięków z tak trudnymi i trapiącymi tematami?

Muzyka jest pejzażem, przez który podróżują teksty – a czasami na odwrót. Ciężko byłoby napisać wściekły, black metalowy kawałek i śpiewać w nim o tym, jak ciężki jest cień Króla Demonów. Brzmiałoby to głupio, ponieważ nie jest to w żadnym wypadku piosenka o tym, jak satysfakcjonującym jest podążanie za ciemnością i strachem. Nie, to raczej smutna i ciężka historia opowiadająca o radzeniu sobie z emocjami. Tekst zyskuje na mocy, jeśli dodasz go do takiej muzyki, przynajmniej tak jest w tym przypadku. To nie jest wściekły kawałek – to list otwarty o tym, jak zmęczony jesteś tym wszystkim. Zbyt zmęczony, by krzyczeć. Osobiście, lubię kiedy tekst utworu jest smutny i mroczny, a muzyka nieco radosna. Tworzy to interesujący kontrast. Powiedziałbym, że „The Demon King” nie jest ani idealną piosenką na imprezy, ani też szczególnie mrocznym – przynajmniej nie dla nas, nie w ramach tego, co zwykliśmy określać smutną muzyką. Ludzie muszą jednak zrozumieć jedną rzecz – jeśli cały czas słuchasz TYLKO metalu, a potem nagle odpalisz sobie MCC, oczywistym jest, że będzie to brzmieć odprężająco i miękko. Ale hej, jest przecież mnóstwo muzyki, która stosowała te zabiegi dużo wcześniej, niż MCC – dlatego czuję się nieco zaskoczony i zagubiony, gdy słyszę opinie, że to co robimy jest dziwne, inne lub nowe. Dla nas ta muzyka wcale nie jest odprężająca, choć muszę przyznać, że coraz lepiej rozumiemy dlaczego ludzie uważają, że jest. Znajomi zasypiają, gdy pokazujemy im nowe kawałki i tak dalej…

Jednak, próbując mimo wszystko odpowiedzieć na twoje pytanie, pomysł na tekst pojawił się w tym przypadku jeszcze przed pomysłem na muzykę, co jest dosyć niecodzienne przy naszym trybie pracy. Wydaje mi się, że staraliśmy się znaleźć odpowiedni nastrój do tych słów. Tekst jest smutny, wydaje mi się, że sama piosenka trochę też, z drugiej strony – jest utrzymana w tonie „po prostu to powiedzmy i miejmy to z głowy”. Jasne, mogliśmy zrobić z tego dużo bardziej ponury numer, jednak jest coś pociągającego w pomyśle zrobienia popowej/ rockowej piosenki z tekstem o czymś okropnym. Zapewnia to pewną równowagę. No i przede wszystkim, kto ma jeszcze kurwa siłę, żeby słuchać tekstów o niczym? Chyba naprodukowano ich już w wystarczających ilościach.

Mimo tego, że skupiacie się przede wszystkim na muzyce, dużą wagę przykładacie do wizualnego aspektu tworzonej przez was sztuki. Waszą EPkę ilustruje baśniowy obraz autorstwa Davida M. Brinley’a. Jest to od początku do końca jego pomysł, czy dawaliście mu jakieś wskazówki?

Poprosiliśmy go, aby to zrobił. Konkretnie jego, bo znamy go i uwielbiamy jego prace. Powiedzieliśmy mu, jakie mamy oczekiwania – miał to być mały chłopiec, który w swoim śnie lub wizji spotyka się ze swoimi lękami w komnacie Króla Demonów. Wysłaliśmy Davidowi oczekiwania co do kolorów i pomysły, a ja sam nawet stworzyłem rysunek poglądowy, aby lepiej zrozumiał, o co chodzi. Całość jest mocno inspirowana twórczością szwedzkiego artysty, Johna Bauera. Wszyscy dorastaliśmy w kontakcie z jego sztuką, jest w niej coś jednocześnie swojskiego, a jednak strasznego – i jest to coś, z czym wszyscy możemy się utożsamiać.

Powiedzmy, że mój rysunek poglądowy nieco odstawał jakością od oczekiwań i nie trafił ostatecznie na okładkę… Wtedy Brinley namalował ogromy obraz. Nie jest łatwą rzeczą sprawić, aby artysta przedstawił autentycznie SWOJĄ wizję tego, o co go prosisz, łatwe jest za to instruowanie go tak, aby zrobił dokładnie to, co ty chcesz. To właśnie dopuszczenie pomysłów z zewnątrz jest wyzwaniem, jednak niekiedy trzeba iść na kompromisy, przynajmniej odrobinę. Mieliśmy bardzo określoną wizję tego, co chcemy – Brinley zaś uczynił tę wizję swoją i przelał na płótno. Nie wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobrażaliśmy. Wygląda tak, jak Brinley sobie wyobrażał, że my to sobie wyobrażamy – to już jest interesująca sprawa sama w sobie – a z efektu finalnego jesteśmy niezwykle zadowoleni.

Swoją sztukę opisujecie jako „skrojone pod radio wersje soundtracków do codziennego życia i śmierci”. To po prostu błyskotliwa dewiza, czy rzeczywiście tak silnie inspirują was sztuki wizualne, film, telewizja? Wiem, że chyba uwielbiacie Bergmana… (jako wyjaśnienie tekstów w jednym z postów na Facebooku MCC wrzucili fragment wywiadu z Ingmarem Bergmanem)

Błyskotliwa dewiza. Ale też wyjaśnienie, dlaczego brzmimy tak, a nie inaczej. Melodie MCC zazwyczaj mają w sobie sporo dramatyzmu i sprawiają wrażenie, że chodzi o sprawę życia i śmierci – trudno się pisze zwykłe, pop/rockowe piosenki, gdy wyłazi z ciebie taka muzyka. Prawdopodobniej lepiej nadawałaby się do filmów, niestety nie wiemy jak robić filmy, więc jesteśmy zmuszeni pozostać przy tym, co umiemy robić – przy pisaniu piosenek. Więc może brzmieć nieco dziwnie, rockowe kawałki  przepełnione pełnymi dramatyzmu melodiami. Prawie jak muzyka ze ścieżki dźwiękowej, z której ktoś zrobił rockowe szlagiery.

Jak większość ludzi w naszym wieku, dorastaliśmy otoczeni telewizją, muzyką i filmami. Wszystkie z tych rzeczy są ogromną i ważną częścią naszego życia, tym o czym mówimy, jak postrzegamy świat, jak rozumiemy ludzi, jak nie rozumiemy ludzi i tak dalej. Mają na nas wpływ. Zdarza się czasem, że widzisz film i zaledwie jedna, krótka scena sprawia, że wpadasz na pomysł na całą piosenkę, album, cokolwiek. Wszytko to się łączy – filmy, telewizja, muzyka, sztuka, kultura. Wszystkie te rzeczy zawsze zawierają w sobie odrobinę pozostałych. Są dla siebie lustrzanymi światami.

Trzy z pięciu utworów, które znalazły się na EPce były wcześniej wypuszczone jako wersje demo. Dlaczego wybraliście akurat te piosenki? Mieliście w końcu dużo materiału, z którego mogliście wybierać na czym pracować.

Nie, dwa utwory nagraliśmy w 2010 roku jako demo („Sway” i „Turn”), wyciekły one później na YouTube. „The Demon King” jest zupełnie nową rzeczą, „Mayfire” jest najstarsze z nich wszystkich, a „Jennifer” to, oczywiście, cover. Myślę, że mamy w tej chwili jakieś 20-25 piosenek, nad którymi pracujemy. Niektóre mają ponad 10 lat, są to utwory, których nigdy nie skończyliśmy lub nie mieliśmy okazji ich zarejestrować lub wydać. Gdy przebudziliśmy MCC z letargu, pomyśleliśmy, że sensowniej będzie wykorzystać piosenki, które naprawdę lubimy i wreszcie nagrać je tak, aby zabrzmiały tak jak od zawsze chcieliśmy – teraz w końcu mieliśmy taką możliwość. Rozumiemy, że dla niektórych osób, które słuchały MCC od dłuższego czasu, EPka może wydawać się czymś dziwnym, ponieważ część tych utworów już znają. Dla nas jednakże, był to naturalny krok, ponieważ naprawdę bardzo chcieliśmy zarejestrować i wydać „Sway” i „Turn” – wypuszczenie EPki z samymi nowymi utworami, a potem powrót do starych na długogrającym albumie dopiero byłby dziwny. Bardzo dziwny. Dlatego też zdecydowaliśmy się „wykorzystać” je teraz, na początku. Również dlatego, że to po prostu dobre piosenki i w końcu mogliśmy oddać im sprawiedliwość. Nigdy nie zakładaliśmy, że za żadne skarby nie będziemy do nich wracać. Chcieliśmy mieć z głowy te starsze rzeczy, być może będzie to stanowić dobry pomost do następnego długogrającego albumu, który z pewnością zabrzmi inaczej niż „Goodmorning Restrained”. Może dobrze jest nie wystraszyć ludzi za bardzo, kiedy nagle powracasz z niebytu – zwłaszcza, że ludzie najbardziej lubią te piosenki, które już znają.

„Jennifer” to – jak sam stwierdziłeś – „piosenka napisana przez Berta Sommera na długo, zanim ktokolwiek zaangażowany w MCC poczuł jak to jest mieć złamane serce.” Dlaczego zdecydowaliście się akurat na ten cover?

To po prostu piosenka, którą śpiewałem grając na akustyku. Prawdopodobnie pierwsza, którą byłem w stanie zaśpiewać czując się komfortowo i nie nienawidząc własnego głosu. To pierwsza piosenka, którą mogłem śpiewać nie czując wstydu. Dlaczego? nie wiem. Zdecydowaliśmy się to nagrać, bo – pomijając mnie odważającego się śpiewać – to po prostu świetny kawałek. Staraliśmy się, aby zabrzmiał jak ścieżka dźwiękowa z filmu, to jak został nagrany. Jak coś, co Clannad zrobiliby dla filmu lub telewizji. Drewno i ogień. Przyroda.

Szwedzka scena była kiedyś jedną z najbardziej charakterystycznych na świecie. Jak oceniasz jej kondycję na dzień dzisiejszy, w czasach internetu i globalizacji?

Szczerze mówiąc nie wiem zbyt wiele o współczesnej szwedzkiej scenie, zwłaszcza o scenie metalowej. Od wczesnych lat 80′ lub może jeszcze wcześniej, zależy co zaklasyfikujesz jako „metal”, ta scena była szczególnie odważna i wiele zespołów z niej się wywodzących wypracowało swoje unikalne brzmienie. Niekiedy tak unikalne, że stawało się wręcz określeniem odrębnego stylu grania, który znajdował swoich naśladowców. Jeśli chodzi o szwedzką scenę jako taką, jestem nieco zaskoczony, że artyści cieszący się największą popularnością w kraju i na całym świecie, wykonawcy popowi czy DJe prezentują niezwykle mdłą muzykę, pozbawioną jakiegokolwiek klasycznego, szwedzkiego sznytu. Wszyscy oni wydają się myśleć i komponować w nowoczesnym, amerykańskim stylu, niezwykle przewidywalnym, przez co okrutnie nudnym, nawet jeśli same melodie są dobre. Ich muzyka nie opisuje świata, który byłby ekscytujący, ich horyzont nie wykracza poza kupienie nowej pary jeansów. Było wiele szwedzkich zespołów, którym udało się wypłynąć na szerokie wody i zyskać sławę dzięki temu, że miały coś, co odróżniało je od ich amerykańskich lub brytyjskich odpowiedników. W dzisiejszych czasach to wszystko wygląda po prostu na wyścigi w ściąganiu, w czym nie ma nic fajnego. Nie robi to na mnie dobrego wrażenia. Wszystkie zespoły ściągają i podbierają pomysły od innych, jednak kiedy nie umiesz stworzyć czegoś, co sprawi, że ty zabrzmisz jak TY, to nie ma to najmniejszego sensu.

Z drugiej strony, oczywiście – nudne zespoły wciąż mogą tworzyć świetne piosenki, które jednak mogłyby lub powinny być napisane przez kogoś innego. Internet i globalizacja mają na nas, rzecz jasna, ogromy wpływ -przez internet przemysł muzyczny stał się bardziej ostrożny i nie może sobie pozwolić na ryzyko – wypuszczają więc to, o czym wiedzą, że się sprzeda. Podobnie wygląda to w przypadku kinowych blockbusterów – mało w tym wszystkim głębi. Najgorszy rodzaj rozrywki, jeśli chcesz znać moje zdanie. Zawsze będą istnieć wartościowe, niezależne filmy czy zespoły. Jednak kiedyś raz na jakiś czas nawet ci najpopularniejsi artyści czy przeboje kinowe miewały w sobie coś interesującego. Może po prostu się starzeję. Albo po prostu lubię rozmyślać. Nie wiem. Dobrodziejstwem internetu jest to, że umożliwia słuchanie najrozmaitszej muzyki z różnych źródeł, więc niby nie ma znaczenia, co odważą się wydać duże wytwórnie, a czego nie. Tak długo, jak ludzie interesują się muzyką, wszystko będzie w porządku. Ludzie umieją szukać, a jeśli umieją szukać, to w końcu coś znajdą. Wypada mieć tylko nadzieję, że zawsze będą się pojawiać nowe pomysły i nowi artyści, niezależnie od tego, co aktualnie jest na topie. Jestem przekonany, że tak będzie. W tym sensie szwedzka scena wciąż jest zdrowa i żywa, tak jak to było od lat. Jest więcej zespołów niż kiedykolwiek wcześniej, więcej ludzi słucha coraz więcej różnych rodzajów muzyki, po prostu dlatego, że mogą. Tak rodzą się interesujące idee.

Oczywiście, ktoś mógłby narzekać, że przed erą internetu muzycy z różnych krajów mieli swój autentyczny język muzyczny, podejście do melodii – szwedzka melodrama, włoskie „nuty przeznaczenia” i tak dalej. I można by pójść jeszcze dalej i stwierdzić, że było to jeszcze bardziej autentyczne przed epoką radia. Tak czy inaczej, myślę, że sprowadza się to do tego, że jedni muzycy są świetni w kopiowaniu i uczeniu się jak pisać muzykę, która brzmi dokładnie tak jak coś, co im się podoba – współcześnie duża jest szansa na to, że będzie to coś, co słyszą najczęściej, o ile nie są wystarczająco zaangażowani w poszukiwania. Inni z kolei dodają bardziej osobiste rzeczy, coś co sprawia, że słyszysz to i myślisz sobie „hej, to musi być szwedzkie” i tak dalej – dzieje się tak dlatego, że ludzie są ze sobą połączeni kulturowo i sposobem myślenia bardziej, niż niekiedy chcieliby to przyznać. Im różniejszej muzyki słuchają, tym więcej spotykają inspiracji, z tego samego powodu internet jednak sprawia, że zanika lokalny lub narodowy charakter brzmienia.

W skrócie: szwedzka scena dobrze sobie radzi. Być może ludzie w Szwecji wciąż nieco się boją słuchania szwedzkich zespołów i przyznania, że są dobre, ponieważ te zawsze próbują brzmieć jak ktoś inny, ale czy nie jest tak i w innych krajach? Czasami się jednak wciąż się zdarza, że zespoły chcą grać taką muzykę, o jakiej nigdy nikt nie słyszał. Więc pod tym względem – u nas wszystko po staremu.

Jakie są plany MCC na najbliższą przyszłość?

Przygotować się do występów na żywo i nagrania naszego drugiego pełnego albumu.

Dziękuję za poświęcony czas.

Bardzo dziękuję!

Comments

comments