Przegląd (subiektywnie) najciekawszych premier płytowych: 1-7 V 2017

Piotr

Dzisiaj poniedziałek, więc powinno być zwyczajowo o premierach, ale pozwolę sobie zacząć od kilku refleksji o muzyce na żywo. Na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni przez Polskę przetoczyła się trasa koncertowa Mgły, Lvcifyre i Bestial Raids. Nie miała zbyt wielu przystanków, bo zaledwie sześć, ale frekwencja na każdym z tych koncertów była po prostu fenomenalna: dwa koncerty wyprzedane, pozostałe wyprzedania bliskie. Udało mi się dotrzeć na koncert w katowickim Megaclubie i była to dla mnie druga okazja na zobaczenie Mgły na żywo (pierwszą był koncert w krakowskiej Rotundzie, na który podobno do tej pory ludzie próbują kupić bilet). Wrażenia? No zabijcie mnie, ale zły byłem po tym koncercie. Może to kwestia zmęczenia, może stałem w złym miejscu (chociaż intuicja podpowiada mi, że przy stanowisku akustyka powinno być okej), a może po prostu nie mam słuchu – ale dla mnie ten koncert zabiło nagłośnienie. Bestial Raids byli głośni i groźni (swoją drogą ogromny szacunek dla perkusisty – żeby łoić z taką mocą przez 45 mając na sobie maskę p-gaz i bluzę z kapturem musi być albo okazem zdrowia, albo sam Diabeł mu pomagał), ale poza tym wiele się usłyszeć nie dało. Ale trudno, było za to wojowniczo i z przemocą, nie na nich zresztą czekałem najbardziej. Lvcifyre – brzmieli w miarę, na tyle, że dało się usłyszeć riffy i przez 70% czasu nie zmieniało się to w nieczytelny bulgot. Do tego gościnny występ pewnego zakapturzonego czarownika i materiał Death Like Mass – rewelacja, głos Marka na żywo w żaden sposób nie ustępuje brzmieniu z płyt. Dla mnie – występ wieczoru. Gdy wreszcie na deski sceny weszła Mgła, w klubie zapanowała euforia – ja jednak byłem załamany. Klub był tak nabity, że mobilność w obrębie sali była nie tyle ograniczona, co niemożliwa, a w wybranej przeze mnie miejscówce dźwięk był tragiczny. Gdybym nie znał tekstów utworów, nie umiałbym stwierdzić, co akurat grają. No i strasznie krótki był ten występ – po może 4 utworach przeszedłem się do palarni pogadać chwilę ze znajomym i wymienić uwagi na temat koncertu, nie było nas może 15 minut i gdy wróciliśmy sprawdzić, czy coś się poprawiło – koncert się skończył. La vita è bella. Tyle o Mgle, a teraz przejdźmy do premier.

Magna Carta Cartel – The Demon King EP

Gatunek: „radio-edited movie themes for daily life and death”

Martin Persner zrzucił płaszcz Omegi i maskę Bezimiennego Ghoula, po czym postanowił przywrócić swój stary zespół do życia. I bardzo dobrze. Na EP-ce znajdziemy pięć utworów: trzy, które mogliśmy już usłyszeć kiedyś w wersjach demo, jeden zupełnie nowy oraz cover „Jennifer” Berta Sommera. Niezwykle rozmarzona i odprężająca muzyka łączy się z tekstami o trudnej tematyce, dostarczając poruszające doświadczenie. Michał określił kiedyś MCC jako „Ghost na chillu” – rzeczywiście, trudno nie dostrzec pewnych podobieństw, jednak ten zespół jest czymś więcej. Spróbujcie po prostu odpłynąć przy tej muzyce i nie myślcie o nich jako o „zespole tego gościa, który kiedyś grał w Ghost”. Zasługują na więcej.

Jeśli masz ochotę się pokołysać, kliknij TUTAJ.

Full of Hell  – „Trumpeting Ecstasy”

Gatunek: grindcore/ noise/ powerviolence

Ale dobra, dosyć tej melancholii: pora na propozycję z wagi superciężkiej. Tak naprawdę nie ma co się silić na szufladki – dla mnie Full of Hell po prostu grają „muzykę, która robi BDŻŻŻŻ”. I bardzo dobrze im to wychodzi. „Trumpeting Ecstasy” to płyta intensywna, pełna przemocy, jednak zespół mimo teoretycznego wyłożenia wszystkich kart na stół, wciąż potrafi słuchacza zaskoczyć i wprowadzić do tej bezbożnej młócki element niepokoju.

Teledysk i próbkę materiału znajdziecie TUTAJ.

Hate – „Tremendum”

Gatunek: blackened death metal

Pamiętam, że gdy jako dzieciak czytałem Metal Hammera, trzy nazwy były wymieniane obok siebie jednym tchem: Vader, Behemoth i Hate. Te czasy się zmieniły, wydaje mi się, że nieodwracalnie. Nie znaczy to jednak, że ekipa Adama Buszko nie jest już w stanie dostarczyć sensownej propozycji muzycznej. Brzmienie Hate nie zostało na „Tremendum” poddane rewolucji, ale nieco się zmieniło – jest mniej przeładowane, bardziej złowieszcze – dobrze koresponduje to z treściwą i minimalistyczną estetyką oprawy graficznej czy klipów. Sam fanem Hate nigdy nie byłem i raczej po „Tremendum” nie zostanę – ale słucha mi się tego całkiem przyjemnie, bez zgrzytu zębów. Debaty nad tym, czy Hate brzmi jak Behemoth czy Behemoth jak Hate, zostawiam tybetańskim mnichom. Albo młodym klerykom.

Dobrze młody jedi, niech przepełni cię nienawiść… Pozwól jej płynąć i kliknij TUTAJ.

Michał 

Zaledwie tydzień temu narzekałem na brak nowej interesującej muzyki w której mógłbym się zanurzyć i na niekorzystny barometr. Pogoda jak nie rozpieszczała, tak nie rozpieszcza i jeszcze pewnie nie będzie przez jakiś czas, jeśli jednak chodzi o wydawnictwa, jest już zdecydowanie lepiej. W końcu ukazał się nowy album At The Drive In. Pierwszy od 2000 roku. Na taki comeback czekałem. Nie spodziewałem się również, że uda mi się kiedykolwiek przesłuchać w całości punkowy album. „Brutalism” od Idles nie tylko pochłonąłem od A do Z, ale wracam do niego bez przerwy. A w kolejce na swój seans już czeka nowa Viscera/// . Maj zapowiada się dobrze, mimo że pochmurnie.

At The Drive-In – „in•ter a•li•a”

Gatunek: post-hardcore?

W końcu!
„Relationship Of Command” i „In/Casino/Out” mam już ograne na wylot, przez co nie spodziewałem się, że At The Drive In będzie mnie w stanie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć. Na szczęście się myliłem. „in•ter a•li•a” jest efektem współpracy dojrzalszych muzyków. Nie są już nastolatkami którymi byli u zarania ubiegłego wieku. Swoje też zrobił The Mars Volta, w którym mam wrażenie zarówno Bixler-Zavala, jak i Rodríguez-López nauczyli się grać bardziej skomplikowane i ambitniejsze kompozycje. Z lirycznego punktu widzenia, jest wciąż jadowicie, w punkt i inteligentnie. At The Drive In nie zwolnili również instrumentalnie, mimo że atmosfera zgęstniała.

Zapraszam do okienka: tutaj

Viscera/// – „3 | Release Yourself Through Desperate Rituals”

Gatunek: psychodeliczny metal

Włoska Viscera/// mam nadzieję obiła się przynajmniej o uszy również tutaj. Grupa dowodzona przez Mike’a B. miała okazję zawędrować do Polski kilka razy i za każdym dawała koncert od którego bębenki krwawiły. Studyjnie jest już zdecydowanie bardziej klarownie, co nie znaczy, że spokojnie. Szczególnie w przypadku ich ostatniego wydawnictwa: „3”. Trzeba było czekać aż 7 lat na ich nowy długogrający album, a popełniane po drodze splity i kolaboracje zwiastowały dalsze poszukiwania muzyczne. Trudno mi gdziekolwiek Viscera/// zakwalifikować. Ich muzyka ocieka wręcz od psychodelii. Nie jest to jednak stonerowa psychodelia na magicznych ziółkach, a zły trip po zażyciu grzybów.

Nie będzie happy-endu, przekonaj się tutaj

Comments

comments