Przegląd (subiektywnie) najciekawszych premier płytowych: 3-9 IV 2017

Michał

Nie pamiętam tygodnia który byłby aż tak bogaty w premiery. I co więcej: tak przyzwoite premiery! Poprzednie tygodnie rozleniwiały pod tym względem. Aż trudno było mi nadążyć za tym co się działo, a jeszcze w niedzielę odkrywałem nowe rzeczy. Najwięcej emocji i kontrowersji wzbudził prawdopodobnie nowy Ulver. Bardziej skłaniam się co prawda na tak niż na nie, jednak to nie “The Assassination of Julius Caesar’’, a grupa z Warszawy, która wydała właśnie swój debiut wzbudziła we mnie najwięcej pozytywnych emocji w zeszłym tygodniu. Ale to może po kolei…

Ulver – „The Assassination of Julius Caesar”

Gatunek: kto to wie, trochę ejtisy, trochę nie

„Przynajmniej okładka dobra” kręcą nosami malkontenci. Co do okładki mogę się zgodzić – ‚Pluton i Prozepina’ której fragment widnieje na okładce ostatniego albumu Ulver, to dzieło niezwykłe. Nie powiedziałbym tego samego o „The Assassination of Julius Caesar”, ale że jest to krążek zły też nie mogę. Niby wszystko to słyszeliśmy już wcześniej, ale nie zmienia to faktu, że słucha się tego przyjemnie, bardzo nawet. I tego się będę trzymał. A teraz wracam do nucenia tych ładnych melodyjek o paleniu chrześcijan.

Zespół zapomniał wrzucić albumu na Bandcamp, ale póki co możecie słuchać singla ‚Nemoralia’ tutaj

Black Tundra – „Black Tundra”

Gatunek: doom/sludge/post-metal

To że taką perełkę jak debiut Black Tundra pominąłem na antenie w ostatniej audycji tłumaczę sobie wyłącznie tym, że pojawiła się ona na naszym mailu dopiero w niedzielę.  Warszawiacy wiedzą jak grać mieszankę doom ze sludge i post-metalem, tak żeby to miało ręce i nogi, a nie skończyło się rozgotowaną, wczorajszą kluchą. Wszystkie elementy są zachowane w odpowiednich proporcjach. Niczego tu nie brakuje, tylko niedosyt pozostaje po przesłuchaniu. Wracam do tego albumu bez przerwy od kiedy go usłyszałem, mam nadzieję, że wy też będziecie, bo jest do czego.

Posłuchaj zanim będą słuchać wszyscy: tutaj

O.D.R.A. – „V”

Gatunek: sludge metal

Piątym z kolei albumem O.D.R.A. udowodniła, że nie ma na nich mocnych w środowisku sludge metalowym. Jest brudno, brzydko i obleśnie, czyli tak jak powinno być. Już tytuły utworów sprowadzają nas na ziemię, a muzyka sprowadza nas do poziomu gleby.

‚Biedaszyby’, ale album fajny, słuchaj więc singla tutaj

Royal Thunder – „Wick”

Gatunek: hard rock

Poprzedni album grupy, czyli „Crooked Doors” z 2015 roku słuchałem niczym objawienia. Głos wokalistki grupy Mlny Parsonz hipnotyzuje, przeszywa i sprawia że przechodzą ciarki. Muzyka w kontekście „Crooked Doors” dotrzymywała jej przy tym kroku. Niestety w przypadku „Wick” zabrakło mi tego akompaniamentu dla głosu Mlny, który pozostaje wciąż najważniejszym elementem muzyki grupy. Instrumentalnie album nieco zawodzi, brakuje w nim często puenty i pazura, który podkreśliłby rdzę która przebija przez głos Mlny. Jakby jednak o tym krążku nie mówić, ma on też swoje lepsze momenty, jak choćby ‚April Showers’, które spokojnie mogłoby się znaleźć na „Crooked Doors”.

Trochę rozczarowanie, ale ten utwór wciąż spoko.

The Obsessed – „Sacred”

Gatunek: doom/rock’n’roll

Wino chyba pokłócił się z kolegami z Saint Vitus po niesławnym incydencie z narkotykami w Norwegii, bo zdecydował się na dobre powrócić do grania z The Obsessed. Zwerbował świeży narybek i zaczął grać klasycznie. Więcej w tym rock’n’rollowej przebojowości, niż doomowej mętnej atmosfery. Trochę słychać, że Wino to już dziadyga, ale kto facetowi z takim dorobkiem zabroni.

Lekko zwietrzały, ale wciąż dobry, klasyczny bardziej rock’n’roll niż doom znajdziesz tutaj

Ecstatic Vision – „Raw Rock Fury”

Gatunek: troglodycki rock

Sama nazwa albumu sugeruje w tym przypadku bardzo dużo, ale nie rozwija całego wachlarza posiadanych przez Ecstatic Vision środków. Poprzedni album grupy był ładnym, rockowym albumem w stylu retro, jakich wiele było w tamtym okresie, w tym przypadku jednak zespół idzie o krok dalej czując jednak w kościach, że moda na retro mimo że wciąż istnieje, to samym graniem na starą modłę nie zachodzi się zwykle za daleko. Trochę im nie wierzę gdy określają siebie jako zespół grający pierwotny, troglodycki rock, bo wiele w tej muzyce psychodelicznych pejzaży i niuansów, którym do pierwotnego braku okrzesania daleko.

Sprawdź na własne uszy o co w tym chodzi: tutaj

Piotr 

Rzeczywiście, jak wspomniał wyżej Michał, ostatni tydzień był niezwykle bogaty w nowe, interesujące wydawnictwa. Ta klęska urodzaju potrafi się niekiedy dać we znaki, ale to temat na inny wpis i póki co oszczędzę sobie narzekania na rzeczy, które powinny cieszyć.

Possession – „Exorkizein”

Gatunek: black metal

Znacie takie płyty. Patrzysz na okładkę, logo zespołu i od razu wszystko jasne. I rzeczywiście, pierwszy długograj Belgów dostarcza w sześciu utworach siarczystej dawki black metalu prosto z piekła. Robi to jednak nieco inaczej niż na świetnych EPkach – dodana do smolistej mieszanki spora dawka thrashu przyspiesza bicie serca i miejscami podkręca obroty na naprawdę niebezpieczny poziom, zaś zwiększona klarowność produkcji dodaje niemałą dawkę ciężaru. Na szczęście zespół potrafi zwolnić wtedy, kiedy trzeba, budując rytualną wręcz atmosferę. Ta płyta wydaje się być naprawdę zła. Czyli bardzo dobra.

Daj się opętać i kliknij TUTAJ

 

Azarath – „In Extremis”

Gatunek: blackened death metal

Sześć lat trzeba było czekać na kolejny album Pomorskiego Legionu Śmierci™. Po odjeżdżającym w nieco inne niż wcześniej rejony „Blasphemer’s Malediction”, Azarath powracają do korzeni, a przynajmniej to deklarują. A jak im to wychodzi? „In Extremis” to płyta death metalowa. O śmierci. Nie jest ani szczególnie subtelna, ani odkrywcza. Ale chyba nie musi i nie o to w tej muzyce chodzi. Nieludzko szybka i intensywna, karki łamie pięknie. Mocne trzy szóstki na sześć.

Doświadcz ekstremum TUTAJ.

Valborg – „Enstrand”

Gatunek: Valborg

Są dziwni. Jeszcze dziwniejsi niż ta paskudna, niepokojąca czaszka z okładki. I jednocześnie, w tej całej cudaczności, brudzie i zimnie, niezwykle estetyczni. Niby można na siłę upchnąć ich do szufladki z progresywnym doomem albo death metalem, ale parafrazując niezręcznie jednego z internetowych blogerów (nie dam sobie teraz uciąć głowy za to, kto pierwszy zanotował to trafne spostrzeżenie) określić Valborg mianem progresywnego doom/ death, to jak powiedzieć, że Kobong gra proga. Spore niedopowiedzenie. Ja zaryzykowałbym stwierdzenie, że tak mógłby brzmieć Triptykon, gdyby grał interesującą muzykę. Nie bijcie.

Jeśli chcesz zobaczyć sekcję zwłok Reptilianina, kilknij TUTAJ.

Comments

comments