Przegląd (subiektywnie) najciekawszych premier płytowych: 20-26 III 2017

Piotr

W mijającym tygodniu nieco odświeżyłem swoją znajomość z grupą Yes, choć przyczyna tych prog-rockowych wojaży jest zupełnie niemuzyczna. No, powiedzmy. Mój dobry kumpel od dawna namawiał mnie do zapoznania się z serią JoJo’s Bizarre Adventure i ponieważ dawno nie oglądałem chińszczyzny, a miałem akurat trochę wolnego czasu, uległem. Ku mojemu zdziwieniu, soundtrack do endingu odcinków brzmiał podejrzanie znajomo. Szybki research, dodałem dwa do dwóch i… Gwarantuję, że sekcja komentarzy pod „Roundabout” to jedna z najbardziej zróżnicowanych na YouTube. A JoJo’s polecam. Nie znajdziecie drugiej animacji w której odcięta głowa jednego z bohaterów „ostatkiem sił i woli” łapie w zęby różę i używa jej jako śmiercionośnej broni.

Pallbearer – „Heartless”

Gatunek: zbyt melodyjny doom metal

„Heartless” do posłuchania ot tak jest dosyć przyjemne. Miło drapiąco-szumiące brzmienie gitar, melancholia podszyta psychodelią, ładne melodie. Jest fajnie. Problemy zaczynają się jeśli umiejscowimy tę płytę w kontekście. Po „Fundations of Burden” oczekiwania były bardzo wysokie i nie wiem, czy nie zaszkodziły mocno temu albumowi. Rezygnując z przestawiania poprzeczki jeszcze wyżej, Pallbearer postanowili pójść w inną stronę: więcej melodii, mniej ciężaru, jednym słowem – postanowili to zagrać bardziej przystępnie. Jest nieźle, ale znając ich możliwości serce się kraje na myśl o tym, jak dobrze mogłoby być.

Ciesz się muzyką albo niech ci serce pęknie, jeśli kochałeś „Foundations…”

Me and That Man – „Songs of Love and Death”

Gatunek: dark americana/ outlaw country

Jeden prosty trick i Nergal trolluje Them Pulp Criminals, samego siebie i przy okazji cały przemysł muzyczny w tym smutnym kraju, a wszystkie kuce są nagle ekspertami od bandyckiego country, Nicka Cave’a i Johnny’ego Casha. Piosenki są ładne i nośne, mniej ładnie zaspiewane, zaś album sprawia wrażenie kompilacji „The Best of…” gatunku i słucha się tego całkiem przyjemnie, tylko trudno mi w tym wszystkim odnaleźć autorski charakter. Po więcej – sprawdźcie naszą wideorecenzję tej płyty.

Muzyki dwóch takich, co bardzo chcieli nosić kowbojki posłuchacie TUTAJ.

 

Michał

Cały świat wstrzymał oddech przed premierą „Emperor of Sand” Mastodon…

Minetaur – „Gravel Pit”

Gatunek: southern death metal

…na szczęście o odpowiednią ilość gruzu zadbał Minetaur. Już pierwszy singiel zmiótł totalnie. A potem było tylko lepiej. Słodki jeżu w malinach. Ileż w tym gruzu i groovu. Minetaur to prawdziwa bestia na tym krążku bezpardonowo niszcząca wszystko na swojej drodze ciężarem. Gitary wiercą dziurę w brzuchu, a wokal wwierca się w bębenki. Nie jest to jednak album nudny, ani jednostajny. Jednym z momentów, który przełamuje ciężar albumu to krótkie zwolnienie i zagęszczenie atmosfery w ‚One Million Forms Deforming’ z gościnnym udziałem Haldora Grunberga.

Gruz czy groove? Czemu by nie to i to?

Comments

comments