Inverted Mind: „Biblia jest fenomenem w skali wszechświata”

Przed wami wywiad z Janem Słomskim z krakowskiego zespołu Inverted Mind, przeprowadzony tydzień po premierze drugiego albumu grupy zatytułowanego „Broken Mirror”.

Chciałbym na początku powrócić do naszej rozmowy, która odbyła się już jakiś czas temu. Byliście wtedy w trakcie pisania materiału na wasz drugi album, „Broken Mirror”. Co się od tamtej pory zmieniło?

Zależy, o co pytasz. Jeśli chodzi o zespół i naszą twórczość, na pewno zmieniło się to, że kilka nowych utworów zostało napisanych w trochę inny sposób. Gdy rozmawialiśmy ostatnio, to większa płyty była już jednak gotowa, zarówno muzyka jak i teksty. Zmieniło się jednak to, że udało nam się znaleźć wydawcę, jest nim Defense Records. Dla nas to zupełnie nowy stan rzeczy, pierwszą płytę wydaliśmy własnym sumptem, nie miała ona jakiegoś wielkiego wydźwięku w śmiecie muzyki. Teraz Defense Records nam w tym pomoże, również Marcin z My Throne Promotions jest zaangażowany w to przedsięwzięcie. To są te dwie nowe rzeczy, które pomogą naszemu zespołowi jakkolwiek zaistnieć.

Jakie zatem plany macie na najbliższą przyszłość, w jaki sposób chcecie promować wasz najnowszy album?

Jeśli chodzi o kwestie promocyjną, to przede wszystkim chcemy grać koncerty. Będą w marcu, kwietniu, zastanawiamy się też nad pojechaniem gdzieś, przynajmniej na południu Polski. Mieliśmy prawie zaplanowaną trasę z Corpus, zespołem ze Śląska, niestety jeden z członków tego zespołu musiał odwołać trasę ze względu na problemy ze zdrowiem i tak dalej… Próbowaliśmy z kimś innym, ciężko jednak ot tak zgadać się z kimś na zasadzie „Słuchajcie, za miesiąc gramy traskę”, na razie są więc tylko plany. Jeśli chodzi o rzeczy związane z tzw. marketingiem, to My Throne się tym zajmuje, wysyła muzykę do recenzji, do różnych wydawnictw.

Porozmawiajmy zatem o samym albumie. Mam wrażenie, że zrobiliście spory progres od czasów „Nothing but suffering”, zarówno pod względem struktury kompozycji, kreowania atmosfery jak i produkcji. Czy mógłbyś zdradzić, czym różnił się proces powstawania „Nothing but Suffering” i „Broken Mirror”?

Tak naprawdę sam proces powstawania materiału nie różnił się niczym. Owszem, widoczna jest zmiana, nie tyle stylu, co granej przez nas muzyki – związana jest z naturalnym rozwojem, gramy dłużej, bardziej się staramy, ja więcej ćwiczę grę na gitarze. Bezpośredni wpływ na naszą muzykę, jak już ci kiedyś mówiłem, ma życie codzienne. Jak pewnie zauważyłeś, na przykład warstwa liryczna jest całkowicie apolityczna i areligijna. Nie dlatego, że boimy się opinii publicznej, tego, co ludzie pomyślą o naszych poglądach. Nasza muzyka od samego początku, to się nie zmieniło i nie sądzę, żeby się zmieniło, ma na celu leczenie duszy, katharsis, jest radzeniem sobie z wewnętrznymi demonami w taki sposób, jaki potrafimy. W związku z tym, nie zmieniło się dużo w procesie tworzenia naszej muzyki. Jesteśmy po prostu dojrzalsi. Tak samo rejestrowanie płyty – nagrywaliśmy w tym samym studio, mixowaliśmy i masterowaliśmy wszystko u tego samego człowieka, więc jedyna różnica zawiera się w treści. Jest to dość subiektywny odbiór, wydaje mi się, że nie ma dużej różnicy w porównaniu do pierwszej płyty.

Słuchasz w ogóle swojej muzyki? Pytam, bo mówisz o swojej muzyce w kontekście katharsis, jakiegoś pozbywania się czy przeżywania ich. Czy towarzyszy ci to, tylko w momencie gdy tworzysz, grasz na żywo, czy wracasz do tego, starasz się te emocje jakoś jeszcze przepracować?

Nie zastanawiałem się nad tym w ten sposób. Owszem, słucham swojej muzyki, ale po to, aby sprawdzić, czy robię błędy. „Broken Mirror” przesłuchałem grubo ponad sto razy, ale nie ma to na celu jakiegoś narcystycznego pompowania swojego ego, tylko szukanie błędów. Czy wszystko jest w porządku, czy czegoś nie poprawić w mixie, czy się gdzieś nie walnęliśmy… Jeśli chodzi o powtórne przeżywanie emocji, które są bezpośrednio słyszane na płycie, to nie muszę do nich wracać – ja tę treść tworzę i te emocje są we mnie. Oczywiście, można to ująć w pewien cudzysłów, powiedzieć, że to się wylewa, ale absolutnie nie oznacza to pozbycia się tych emocji. Po prostu dajesz im ujście, co bardzo pomaga, leczy. Sprawia, że czujesz się czystszy, czujesz się lepiej. Jest to jakieś wspomnienie, obraz z przeszłości – nie da się tego zatrzeć. Dlatego nie mam potrzeby wracania do swojej muzyki, aby jeszcze raz przeżywać te emocje. Faktycznie, zdarza mi się czasem posłuchać albumu dla przyjemności – nie uważam, żeby było w tym coś złego, że muzyka, którą tworzę mi się podoba, po prostu ją lubię.

Okładka „Broken Mirror”, podobnie jak w przypadku „Nothing but Suffering” jest moim zdaniem bardzo plastyczna, obrazowa. Dostrzegam w niej kilka znaczeń, ale może ty powiedz, o czym ona opowiada, co przedstawia.

Okładka jest metaforą tego, że w każdym z nas drzemie… Wiesz, ciężko to nazwać, każdy z nas używa innego słowa na opisanie tego zjawiska. Sam często używam słowa „demon”, więc mogło się już ono znudzić. Byt? Część każdego z nas? Drzemie w nas, jest negatywna i wpływa na nas destrukcyjnie. Nie na otoczenie, ale na każdego z nas. I każdy z nas musi sobie z tym poradzić, żeby móc normalnie funkcjonować w społeczeństwie. W tym przypadku jest to przedstawione jako odbicie w lustrze. Jest to w pewnym sposób skonfrontowanie się z sobą samym. Na co dzień widzisz siebie, masz percepcję własnej osoby – nie zauważasz tego. Dopiero kiedy pojawia się chwila zadumy, moment na refleksję nad własnym wnętrzem – wtedy dopiero dostrzegamy i zauważamy różne rzeczy, których nie widzimy na co dzień. Mamy kontakt z podświadomością, która bardzo często okazuje się zupełnie inna, niż myśleliśmy. Tak samo jest w snach. Często budzimy się myślimy „Chłopie, co ci się śniło, co ty masz w głowie?” I właśnie w chwili zadumy, refleksji, o ile potrafisz to zrobić, spojrzeć na własne wnętrze, dostrzegasz te rzeczy, których nie widzisz na co dzień. Właśnie na tym to polega: lustro, zazwyczaj ukazujące odbicie fizyczności, ukazuje odbicie, którego się nie spodziewałeś, którego się boisz.

Potrafisz tak zajrzeć w siebie, dostrzec te rzeczy i wyciągnąć jakieś wnioski?

Tak, potrafię. Jest to trudne, ale każdy człowiek to potrafi, to po prostu kwestia wielu lat pracy. Trzeba tylko wiedzieć, jak to zrobić, na co zwracać uwagę. Funkcjonując normalnie, na przykład chodząc do pracy, trzeba wiedzieć, na co zwracać uwagę, na jakie emocje, zachowania. Rozmawiać ze sobą samym. Ludzie tego już nie robią. Nawet przed snem, trzeba zadawać sobie pytania, których na co dzień człowiek sobie nie zadaje: jak by się zachował w danej sytuacji, co sądzi o jakiejś rzeczy. Trzeba kontrolować swoje emocje wywoływane przez różne sytuacje życiowe, poznawać siebie samego. Szczególnie należy monitorować swoje zachowania w sytuacjach ekstremalnych, zwłaszcza w sytuacji ogromnego stresu: to, jak reaguje organizm, bo chodzi też o fizyczne bodźce, to czy ci się trzęsą ręce, czy masz napady lęku. Należy sobie zadawać pytanie: dlaczego tak się dzieje? Co mogę zrobić, aby się już nie pojawiło albo jak mogę sobie z tym poradzić? W związku z powyższym, faktycznie da się to robić. Ja może nie opanowałem tego jeszcze do perfekcji, ale przez muzykę, różne formy wyrażania artyzmu, wiele osób czuje się lepiej. Mogą to namalować, wyrzeźbić, nakręcić, napisać o tym – tak jak my – muzykę. Każda forma artyzmu jest takim momentem zatrzymania się, zadumy i rozmowy ze sobą samym. Przykładem niech będzie mistrz Beksiński, do którego duszy można zajrzeć dzięki jego obrazom.

Mówimy o negatywnych emocjach, negatywnych przeżyciach. Ale czy sprawia ci to radość, jak jesteś na scenie, widzisz publiczność, grasz im tę muzykę?

Oczywiście. Jestem w stanie to rozgraniczyć i podzielić na dwie części, pierwszy z nich to tworzenie. Samo tworzenie zresztą można podzielić na kolejne dwa etapy. Wiesz, ja robię muzykę, kiedy czuję, że coś jest nie tak, że czuję, że jest ze mną źle. Jeżeli powstają takie momenty w życiu, dopiero wtedy siadam do riffów czy tekstów, przynoszę je na próbę i szlifujemy je tak długo z chłopakami, aż powstają utwory. Druga rzecz, to jest przeżywanie koncertów, choć wiąże się z tym dużo stresu – jestem osobą, która obawia się, czy wszystko pójdzie dobrze, ja wypadnie i tak dalej, chociaż im dłużej gramy, tym mniej jest to dla nas ważne. Grając, stojąc przed ludźmi, nie patrzę na nich za bardzo. Wynika to z dwóch czynników, pierwszy jest wręcz mechaniczny – często po prostu nic nie widać, wiesz, pada na ciebie światło, widzisz tylko pierwszy rząd. Druga sprawa, to to, że grając na żywo, głośno i świadomie, wiedząc, że chcesz to komuś przekazać. Nie wiem czy zauważyłeś, często gram z zamkniętymi oczyma, praktycznie za każdym razem jak śpiewam. Nie tak jak gość z Shining, który twierdzi, że wpada w trans, ale wchodzę dogłębniej w to, co stworzyłem. To nie jest sytuacja codzienna, że przychodzę po prostu na próbę, gram i jest spoko. Właśnie wtedy wracam myślami i emocjami do momentu, w którym tworzyłem ten tekst czy riff, jest to mocniejsze przeżycie.

Twoje teksty są, powiedziałbym, nihilistyczne, sporo w nich negatywnych emocji. Czy można znaleźć w nich coś pozytywnego?

(śmiech) Trudne pytanie, to jest bardzo subiektywne. Zależy kto na to patrzy i każda osoba może to obierać inaczej. My staramy się jako Inverted Mind przekazać naszą muzyką te emocje, o których wspominałem, ale w sposób jak najbardziej możliwie metaforyczny. Niczym Biblia, nie? Biblia jest fenomenem w skali wszechświata, jest to książka, którą bez względu na to, jakie są czasy, potrafisz interpretacyjnie dopasować do obecnej chwili. Ta książka była aktualna tysiąc czy dwa tysiące lat temu jak i teraz. My tak samo chcemy, by nasza muzyka, bez względu na ustrój, czasy była nie tyle aktualna, co sprawiała, że każdy może w niej znaleźć coś dla siebie. A że powstaje na podstawie negatywnych emocji? To jak oglądanie dramatu, jest tragedia, ktoś zginął, ktoś przeżył, ale sumarycznie kończy się dobrze. Dlatego myślę, że każda osoba może znaleźć tam dla siebie coś dobrego. Jeśli poczuje się lepiej słuchając naszej muzyki – świetnie. Myślę, że w wielu momentach płyty można się poczuć dobrze, pozytywnie.

Jak myślisz, kto sięga po waszą muzykę? Jacy to są ludzie?

Ciężko mi odpowiedzieć, pytasz o grupę wiekową, czy jakieś inne kryterium?

Bardziej – czego mogą szukać, lub co chcą osiągnąć sięgając po waszą muzykę.

Ciężko mi to określić, bo nie zdarzało mi się chyba rozmawiać z ludźmi i pytać, dlaczego sięgnęli po moją muzykę. Czy dlatego, że im się podoba, czy widzą w niej coś dobrego? Ponownie chyba można to podzielić na dwie sytuacje. Pierwsza z nich jest taka zwyczajna, ludzka, bezrefleksyjna – dobra nuta, jest ciężar, wchodzi spoko. W drugiej, sięgają po nią osoby wrażliwe, które chcą ją lepiej poznać, wyciągnąć z niej coś dla siebie. Myślę, że nasza muzyka jest dla wszystkich. Bez względu na to, co ta osoba robi, jaki ma zawód, ile ma lat, jakiej jest narodowości. Moim zdaniem jest to dzięki tej metaforze, jest ona odpowiednia dla każdego. Nie jest to ani stricte black metal, ani jakiś hip-hop, gangsta rap… Jest totalnie dla każdego, tak myślę.

Mam nadzieję, że będzie nam dane jeszcze porozmawiać szybciej niż po takiej przerwie jak ostatnio. (pierwsza rozmowa miała miejsce jeszcze na początku tworzenia Metalurgii – przyp. P.K.) Ale gdybyśmy powtórzyli tę rozmowę za rok, jak myślisz, jakie zmiany mogą nadejść, co takiego może się wydarzyć w Inverted Mind? Może – co chciałbyś, aby zaszło?

Na pewno nie przestajemy grać. Już teraz zaczynam powolutku znów sięgać po gitarę i tworzyć coś nowego. Co wynika, raz – z potrzeby duszy, dwa – z chęci. Miałem kiedyś kryzys twórczy, dwa-trzy lata temu, dlatego praca nad tą płytą tyle trwała. Tworzę, kiedy coś czuję. Chłopaki tak samo – ciężko im dograć się do mnie, jeśli mają zajebiste humory i wszystko jest spoko. Czuję teraz przypływ nie tyle mocy, co chęci robienia tego dalej, robienia wielu nowych utworów. Na pewno chcemy, żeby nowe kompozycje były cięższe. Nie chodzi stricte o depresyjność i tak dalej, a kwestie muzyczne: niższy strój, wolniejsze granie, z większym kopytem. Niekoniecznie jednak w stronę Sunn O))) (śmiech).

Chciałem jeszcze zapytać o oprawę graficzną. Robi wrażenie. Dlaczego zdecydowaliście się na przedstawienie chociażby tekstów w ten sposób?

Muzykę tworzymy wspólnie, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Okładka jest jednak moja, a to dlatego, że piszę teksty. Wynika to właśnie tylko i wyłącznie z tego: że piszę teksty i chciałem zrobić coś, żeby ta treść była mocniejsza, lepiej widoczna. Nie chciałem, żeby to była czarna kartka i biała czcionka Times New Roman. Nie wiem, czy powinienem zdradzać, o czym faktycznie jest każdy utwór, chciałbym, żeby ludzie czasem się zatrzymali i wzięli tę książeczkę do ręki i przeczytali te teksty. Wiem, że trudno je rozszyfrować, ale kiedy się je przeczyta, kiedy je się zrozumie… Każda jedna grafika była wykonana ręcznie, oprócz robionej na kompie „Cold Breath”. Ale lustro, płótno, pocięty bezel, graffiti, list – faktycznie je tworzyłem, mazałem płótno, kreśliłem list, pisałem krwią na lustrze. Chciałem, żeby to się wyróżniało i było ciekawe. Nie po to, żeby sprzedać płytę, ale żeby było to coś innego. Nie tyle zachwycało, ale sprawiało, że ktoś się nad tym zatrzyma, pomyśli, że to jest fajne, inne i fajnie to mieć chociażby po to, żeby móc to zobaczyć. Druga rzecz, to wszystko nie jest przypadkowe. Nie chcę być narcystyczny, ale to wszystko jest bardzo przemyślane. Zdradzę na przykładzie jednego z utworów, „Deep Hole”. Jeśli przyjrzysz się książeczce, to zobaczysz, że tekst jest napisany białym markerem, prawie nieczytelnym lekarskim pismem, na zdjęciu rentegowskim, na którym widać raka. A to jest utwór o rzucaniu fajek. Tak samo „Broken Mirror”. Masz lustro, które jest pęknięte, które mówi w zwrotkach o konfrontacji z własnym demonem. Masz to napisane krwią, na szybie. Pierwszy, „Cold Breath” zapisany na oszronionej szybie, jest o emocjach, które towarzyszyły mi dawno temu w mroźne, zimowe chwile. Każda grafika jest obrazem treści warstwy lirycznej.

Tak już na koniec: ostatni album Crowbar. Na tak, czy na nie?

Taaak, zdecydowanie. Jestem największym fanem Crowbar na świecie, gadałem z Windsteinem, wysłałem mu maila z prośbą o recenzję „Nothing but Suffering”, odpisał mi. W ogóle śmieszna anegdota, napisałem do niego na Facebooku z prośbą o kilka słów. Jakiś czas później graliśmy z Inverted Mind koncert w Stodole w Warszawie, byliśmy tak strasznie zesrani, jak robiliśmy próbę, zapominałem tekst, co chwilę się myliliśmy… I wiesz, tak sprawdzam tego Facebooka na pół godziny przed koncertem, jak akurat wyskoczyliśmy do jakiegoś chińczyka na obiad i nagle mówię chłopakom „Wow, Kirk odpisał!”. Napisał, że spoko, że obczaił jeszcze na YouTube oprócz tego utworu który mu wysłałem jeszcze Wasted Enemy, że sobie posłuchał tego z żoną i w ogóle zajebiście. To nam dało wtedy straszną moc i koncert był super. Wracając do Crowbar – od początku do końca jest moją miłością, inspiracją. Jest tylko jedna płyta, której nie lubię „Equilibrium”. Ale każda inna jest świetna, czy mówimy o pierwszej czy o tej ostatniej. Ostatnia jest spoko. Trudno powiedzieć, że Crowbar zrobił coś innego, wciąż jest to ten sam ciężar i zawsze nim był. Jednak „Plasmic and Pure” – jest to utwór, w którym jestem kompletnie zakochany, ma taki jeden moment ze zwolnieniem i melancholijnym śpiewem, totalnie uderza w moje serce i jest to chyba mój ulubiony utwór ze wszystkich płyt, z tych kilkuset utworów. Tak jak „Symmetry in Black” (poprzedni album Crowbar – przyp. P.K.) była po prostu poprawna, w stylu Crowbar, tak nowa – jestem absolutnie na tak.

Dziękuję za rozmowę.

To ja dziękuję.

Comments

comments