Devin Townsend: „Jakieś 25 lat swojego życia spędziłem będąc obciachowym”

W dniu 18 lutego 2017 r., przed krakowskim koncertem trasy Transcendence, mieliśmy okazję porozmawiać z jednym z najbardziej niezwykłych artystów swojego pokolenia, Devinem Townsendem.

Piotr Kleszewski: Mamy dzisiaj przyjemność rozmawiać z Devinem Townsendem tuż przed krakowskim koncertem trasy Transcendence Tour. Witaj!

Devin Townsend: Hej!

PK: Przy okazji oglądania, słuchania lub lektury wywiadów z tobą, poczyniłem pewną obserwację. Z jakiegoś powodu, zawsze, niezależnie od okoliczności, musi paść to jedno, nieszczęsne pytanie. Miejmy to zatem z głowy – wciąż nie planujesz powrotu Strapping Young Lad?

Chciałbym, żeby to pytanie nie musiało być zadawane, ale biorąc pod uwagę, że jest inaczej – odpowiedź jest taka sama jak ostatnim razem i tysiąc ostatnich razów temu.

PK: Okej, idźmy zatem dalej! Gdy pierwszy raz usłyszałem „Transcendence” nie mogłem się uwolnić od wrażenia, że album ten podsumowuje w pewien sposób cały twój dorobek, krystalizuje styl, który przez lata wypracowywałeś…

Może w pewnym sensie… Staram się regularnie zmieniać swój styl, podoba mi się ta możliwość. Ale, o rety, robiłem to przez tyle lat… teraz jestem starym dziadem. Nie wiem kiedy i jak to się stało. Gdy zaczynałem, byłem jednym z najmłodszych w branży, byłem dzieciakiem. A teraz? Nagle jestem od wszystkich starszy. Ale jest zajebiście! A konsekwencją tego wszystkiego jest konieczność podążania za naturalnym rytmem i nieprzejmowania się tym, co pomyślą sobie inni. Pewnie, część osób polubi album, część zapewne znienawidzi – ale najważniejsze jest to, że ja sam jestem z niego zadowolony.

PK: W jednym z wywiadów znalazłem twoją wypowiedź o tym, że nie chciałeś na „Transcendence” eksponować brzydszych, mroczniejszych rzeczy, bo świat w którym żyjemy, jest już wystarczająco gówniany. A jednak, płyta ma mroczniejsze momenty – mam na myśli zwłaszcza środkową część utworu „Higher”, monumentalnej kompozycji, z tymi niesamowicie ciężkimi, gniotącymi riffami, które miejscami przypominają wręcz S.Y.L. …

To wszystko jest częścią mnie. Ze Strapping było podobnie, stanowiło to istotną część mojej osobowości. Aż do momentu w którym to wszystko się skończyło i zdecydowałem, że chcę zrobić coś innego. Ale w jakiś sposób, to cały czas gdzieś we mnie siedzi. Chodzi mi o to, że gdy staram się robić pozytywne rzeczy, nie dodawać światu dodatkowej brzydoty, nie robię tego z pozycji misjonarza. Nie staram się zmienić świata, robię to dla siebie. Za każdym razem gdy włączasz wiadomości widzisz gówno, gówno i jeszcze raz gówno, tony gówna. Tymczasem, przynajmniej w moim życiu, dzieje się jednak sporo dobrych rzeczy. Dlaczego więc miałbym o tym nie pisać?

PK: Wydaje mi się, że to Carl Jung stwierdził, że ludzie osiągają oświecenie nie poprzez poszukiwania świetlistych istot, ale przez zdanie sobie sprawy z tego, że ciemność istnieje.

Tak, zgadzam się z tym, również bardzo cenię Junga. To bardzo interesujące spostrzeżenie, bo tak naprawdę, nigdy nie możesz zupełnie uciec od ciemności. Wydaje mi się, że często, gdy ludzie gadają o byciu pozytywnym i tak dalej, tak naprawdę ignorują fakt, że ten cały negatywny syf istnieje. To absurd. To dziecinne i naiwne, wierzyć, że można to po prostu zignorować. Naiwnością jest też wiara, że tych mrocznych rzeczy nie nosimy w sobie. Wiesz, o co mi chodzi? Nie jestem oświecony, nie jestem święty, jakkolwiek mocno byś tego pojęcia nie rozciągnął. Udawanie, że ciemność nie istnieje, że nie jest ludzką cechą, częścią mnie – to kompletna bzdura. Chodzi o to, żeby zdać sobie z tego sprawę i dzięki temu w jakiś sposób sobie z tym poradzić. O to właśnie chodzi na „Transcendence”. Nie powiedzenie sobie „jestem człowiekiem pokoju, a ciemności nie ma”, ale właśnie „ciemność istnieje i jestem pełen przemocy tak jak i inni, ale dzięki wyborom życiowym, których dokonuję, nie poddaję się temu i staram się uporządkować moje życie w zgodzie z tym, co ja chcę”.

PK: Odejdźmy jednak na chwilę od filozofii i porozmawiajmy o muzyce. Na „Transcendence” reszta twojego zespołu wzięła udział w pisaniu materiału w większym niż kiedykolwiek stopniu. Co skłoniło cię do tej decyzji, dlaczego akurat teraz, dlaczego właśnie na „Transcendence”?

Skończyły mi się rzeczy, o których mógłbym pisać. Mój cały świat był bardzo długo skoncentrowany wokół mnie samego i w pewnym sensie sam się sobą znudziłem. O czym można pisać w takiej sytuacji? Przy pracy nad „Transcendence” wciąż byłem w stanie tworzyć materiał, jestem autorem tej płyty. Produkcja, teksty i określenie całej wizji – wyglądało to podobnie jak w przypadku poprzednich płyt. Reszta zespołu pomogła mi jednak uczynić to dużo lepszym. Dlaczego miałbym tego nie chcieć? Może sposobem, aby na to zezwolić, jest porzucenie myślenia, że samemu wszystko się wie najlepiej i w pewnym sensie jesteś lepszy od innych.. Ja, z pewnością, nie jestem. Całe lata zajmuje mi odejście od przesadnie osobistego podejścia do swojej twórczości. W przeszłości tak bardzo poświęcałem się muzyce, że jeśli ktokolwiek ją skrytykował lub komplementował, odbierałem to bardzo bezpośrednio – jakby mówili nie o mojej twórczości, a o mnie. W pewnym momencie takie podejście staje się niezdrowe.

PK: O właśnie, ten temat chciałbym nieco podrążyć. Jesteś niezwykle produktywnym artystą, niemal co roku wypuszczałeś nowy album, nie wliczając w to nagrań live w ramach projektów „By the thread”, „Retinal Circus” i Casualties of Cool (poboczny projekt Devina i Che Aimee Dorval). Nie obawiasz się, patrząc na to z perspektywy nie artysty starającego się wyrażać emocje, ale raczej kompozytora, że taka (nad)produktywność niesie ze sobą pewne zagrożenia?

Zdecydowanie. Muszę jednak zaznaczyć, że powód dla którego robię muzykę, to raczej sam proces twórczy niż muzyka sama w sobie. Doświadczenia życiowe dostarczają mi surowy materiał, z którego mogę wybierać i nad którym pracuję. Muzyka więc nigdy nie miała specjalnego znaczenia, jest w pewnym sensie produktem ubocznym procesu twórczego. Ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, że moja super-prouktywność w przeszłości była spowodowana głównie tym, że bałem się przestać to robić. Odstawiłem alkohol i narkotyki, a stałem się uzależniony od pracy. Teraz bardziej zdaję sobie z tego sprawę. I jasne, na poziomie biznesowym, ludziom od promocji z pewnością nie jest łatwo sprzedać te wszystkie płyty, tak samo jak publiczności nie jest łatwo wszystkimi się zainteresować. Ostatecznie jednak – oddzielając to od strony biznesowej, bo oczywiście lubię, gdy płyty się sprzedają, mam za co żyć i ciągnąć to wszystko dalej – robię to wszystko dla siebie. Dzięki tej superproduktywności zdałem sobie niedawno sprawę z tego, że to rodzaj systemu obronnego, ukrycia się przed sobą samym poprzez nieustanne zajmowanie się pracą. I jeśli mam być zupełnie szczery – nie do końca się to zmieniło. Będę teraz przez rok jeździł w trasy, działamy on-line, napisałem książkę, mnóstwo rzeczy jest jeszcze w planach… Ale, małymi krokami to się zmienia, na obecną chwilę przynajmniej jestem świadomy jak działa ten mechanizm.

PK: Jak wspomniałeś, każda z twoich płyt w pewien sposób jest odbiciem twoich przeżyć osobistych i życiowych trudności. Są uczciwą translacją twojego życia na język muzyki. Jesteś refleksyjny, jeśli chodzi o swoją twórczość, lubisz wracać do swoich starszych albumów?

Nie słucham ich. Wiesz, jakoś się rozmywają w czasie. Od czasu do czasu odświeżam jednak wybrane utwory. Dzieje się tak chyba dlatego, że jestem nieperfekcyjnym perfekcjonistą. Nigdy nie jestem w pełni usatysfakcjonowany tym, co robię.

PK: No właśnie, to miało być moje następne pytanie. Z perspektywy twórcy-perfekcjonisty, jakie są twoje ulubione i najmniej ulubione momenty twojej twórczości?

Najmniej lubię „Physicist” i „S.Y.L.”. I może „Z2”, ale nie dlatego, że jest złą płytą, tylko dlatego, że nie chciałem wtedy komponować i musiałem się do tego zmuszać. Biorąc to pod uwagę wyszło całkiem nieźle, ale było ciężko. Najbardziej lubię chyba „Casualties of Cool” i … Wybacz, nie mogę sobie przypomnieć.

PK: Rozumiem, że mogło zaskoczyć cię to pytanie, ale…

Nie, nie zaskoczyło mnie, po prostu zapominam o swoich płytach. Wszystkie były w porządku kiedy wychodziły, gdyby było inaczej, nie wydałbym ich. Ale po co ktoś, kto pisze swoją muzykę miałby jej jeszcze słuchać? Słucham muzyki całymi dniami, ale nigdy własnej. Ona jest dla innych ludzi, a ich muzyka jest dla mnie. Więc nie pamiętam swoich płyt zbyt dobrze. Ale lubię „Casualties of Cool” to była dobra płyta!

PK: Właściwie to nie chodziło mi o perspektywę słuchacza, ale spojrzenie twórcy…

Ale ponieważ nie słucham tych płyt, to o nich nie pamiętam. Jestem jak ta złota rybka w akwarium, dopóki jestem skupiony i nad czymś pracuję to wiem na czym stoję, ale jak tylko skończę – zapominam.

Michał Smoll: Chciałbym zadać kilka pytań o twój nowy projekt, The Moth (symfoniczny projekt Devina, o którym niewiele na razie wiadomo poza tym, że potrzebuje do jego realizacji 10 mln $ i będzie opowiadał o miłości, śmierci i genitaliach – przyp. P.K.). Z pewnością już sama wizja: eleganccy ludzie w muszkach i smokingach, budynek opery, ty wychodzisz na scenę i mówisz „Dobry wieczór szanowni państwo, za chwilę usłyszycie poemat symfoniczny o romantycznych przygodach księcia Wacława i królewny Waginelli”, jest bardzo pociągająca. Skąd jednak przyszedł ci do głowy taki pomysł? Nie uważasz, że taka tematyka nie pasuje do muzyki symfonicznej?

Chyba po prostu mnie to nie obchodzi. Nie staram się być jednak nieuprzejmy. Gdy spojrzysz na świat, wszyscy pożądają jednego: władzy, władzy nad innymi ludźmi. Podobnie sprawy się mają z seksem. Jesteśmy stworzeniami o jaszczurzych móżdżkach, kierujemy się pierwotnymi instynktami. Staramy się zgarnąć jak najwięcej seksu, pieniędzy, do równania należy dodać jeszcze strach przed śmiercią i kwestionowanie sensu egzystencji i obecności Boga. Wydaje mi się, że to podstawowe ludzkie doświadczenie: strach przed śmiercią, pytania o Boga, seks i władza. Dlaczego by więc nie napisać o tym symfonii? Podoba mi się ten pomysł. Nagrałem dużo płyt i wydaje mi się, że skończyły mi się rzeczy, o których mógłbym pisać. Gdy byłem dzieciakiem, mogłem pisać o miłości, z łatwością. Było to coś nowego, świeżego – miłość, nienawiść. A teraz mam 44 lata. O czym mogę pisać? To jak branie narkotyków, za pierwszym razem nie potrzebujesz wiele, żeby odlecieć, ale im dłużej to trwa, tym więcej potrzebujesz. Podobnie to wygląda, jeśli chodzi o moją kreatywność. Moja twórczość skupia na sobie coraz więcej uwagi, jednak abym mógł tworzyć rzeczy istotne dla innych, być w nie autentycznie zaangażowany, musi mi na czymś zależeć. Nie jestem w stanie przyjąć podejścia „o, macie tutaj kolejną płytę o miłości, kolejną płytę o nienawiści”. Muszę być przez coś stymulowany. Taki projekt jak The Moth, przesadzony i rozbuchany, wydaje się być interesującą możliwością artystycznej ekspresji. Zresztą, ty też byś miał pewnie gdzieś, gdyby ktoś ci powiedział „Hej, to nie wypada”, a pewnie byłbyś nawet bardziej zadowolony!

MS: Nie boisz się jednak, że ten humor i groteska w pewien sposób przesłonią przekaz?

Przekaz? Myślę, że to najważniejsza kwestia, którą trzeba zaznaczyć, jest to, że nie staram się przekazać niczego. Skłaniam się raczej ku obserwacji. Nic, no zrobiłem w przeszłości, nie jest niepodważalne. Wszystko jest hipotezą. Zastanowieniem się: co, jeśli wszystko jest piękne? Co jeśli jest do dupy? Jeśli liczy się tylko nihilizm? Bzdury? A co jeśli istnieją kosmici, którzy obsesyjnie kochają kawę? Albo pierdzące jądra? Nie ma to dla mnie zbyt wiele znaczenia. I jeśli mam jakąkolwiek treść do przekazania, to tylko taką, że w tej kurczącej się odnodze biznesu wyrażając swoje emocje, wyrażając się jako artysta, twórca – jesteś w pełni wolny. I ujdzie ci to na sucho. I ten przekaz przyćmiewa całą filozofię. Zresztą, nie jestem filozofem. Nie jestem genialnym muzykiem. Jestem po prostu osobą, która stara się być wolna w jakiś sposób i może przedstawić pewien manifest. Częścią tego manifestu może być właśnie to, że zrobimy The Moth w operze, ze stuosobową orkiestrą symfoniczną, stuosobowym chórem, penisami, waginami, śmiercią, rozważaniem o Bogu, wszystko będzie brutalne, przesadzone, kolorowe. A potem o tym zapomnę i zajmę się czymś innym. Dla mnie, wniosek, który z tego można wyciągnąć, jest prosty. Nie musisz grać popu, żeby być artystycznie wolnym, nie musisz być młody i przystojny, żeby robić muzykę. I zadaniem artystów takich jak my, jest pewne dbanie o to. Z mojej pozycji, człowieka, który ma ten luksus, że może pozwolić sobie na robienie takich rzeczy, taki manifest – nie ważne, czy ktoś się z nim zgadza, czy nie – sam fakt, że taki projekt powstaje, jest moim zdaniem pomocny.

MS: Pozostaje zatem spytać tylko – kiedy?

Może nigdy?

PK: Wydaje mi się, że był to wywiad dla Noisey – powiedziałeś, że potrwa to rok, może dwa, lub trzy – ale dojdzie do skutku. Co zatem musi się wydarzyć, aby ten projekt wszedł w życie?

Musi mi zależeć. A teraz chcę po prostu udać się na urlop. Powraca tutaj kwestia tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Przyczyny mojego pracoholizmu stały się dla mnie jasne. A projekt taki jak The Moth wymaga nieludzkich nakładów wysiłku, aby został zrealizowany. Jestem teraz na etapie rozważań – po co to robić? Oczywiście, poza zamanifestowaniem pełnej wolności artystycznej. A skoro nie muszę tego robić, to po co miałbym się w to angażować? Mam teraz trochę czasu na rozmyślanie o tym wszystkim. I szczerze mówiąc, świadomie pozbyłem się muzyki ze swojej głowy. Do tej pory zawsze myślałem obsesyjnie o kolejnych utworach, które napiszę. Teraz – nie ma nic. Nie mam nic dla The Moth, nie mam nic dla Casualties of Cool, dla DTP… Nigdy wcześniej tak nie było. Gdy zdałem sobie sprawę ze swojego pracoholizmu powiedziałem sobie – dobra, w takim razie nie myśl o muzyce. Co to oznacza dla The Moth? Gdy nadejdzie właściwa pora, aby się tym zająć – będę wiedział. W tej chwili nie obchodzi mnie to. Mam sam pomysł i kiedy będę chciał się przełączyć w tryb kreatywności, będę wiedział, jak i czym się zająć. Możliwe też, że jeśli The Moth zostanie poświęcony jako projekt, to będzie to miało dla mnie jeszcze większe znaczenie niż cokolwiek innego: porzucenie czegoś, co nie jest zdrowe dla twojej psychiki. Tak to na obecną chwilę wygląda.

MS: Wspominałeś o „Ocean Machine”. W tym roku album ten obchodzi swoje 20-lecie i zaplanowałeś wyjątkowy koncert z tej okazji. Zagrasz z orkiestrą w starożytnym, rzymskim amfiteatrze w Bułgarii. Następny rok to z kolei 20-lecie „Infinity”. Również coś planujesz z tej okazji?

Nie wiem. Swoje 20 urodziny obchodzi także „City” S.Y.L., wiesz o co mi chodzi? Wygłupialiśmy się wcześniej przy pytaniu o Strapping, ale chciałbym coś rozjaśnić. Zdałem sobie sprawę, że wszystko, co mnie otacza: muzyka, osoby, media, ma na mnie jakiś wpływ. Ponieważ jestem bardzo wrażliwą osobą, muszę być kurewsko ostrożny co do tego, kogo wpuszczam do swojego życia, co i w jaki sposób mówię. Wszystkie decyzje dotyczące tych koncertów i innych rzeczy, zależą od odpowiedzi na jedno pytanie: czy jest to dla mnie dobre, zdrowe? Tak wyjaśniałem wcześniej mechanizm pracoholizmu, tak w przypadku Strapping było podobnie. Bałem się konfrontacji. Złości, agresji, nie rozumiałem tych rzeczy. Pisząc o nich, mogłem lepiej je zrozumieć. Zrozumiałem też jednak, że cokolwiek z siebie wyrzucasz, wraca do ciebie. I nie chcę w tej chwili, aby te emocje do mnie wracały. To mój własny wybór. „Infinity” również pokrywa się z toksycznym okresem mojego życia. Wydawało mi się wtedy, że świetnym pomysłem będzie zażywanie astronomicznych ilości narkotyków. I było to niezłą frajdą. No dobra, może nie frajdą, ale było bardzo interesujące. „Ocean Machine” to nieco inna płyta, więc zobaczymy, która doczeka się jakiegoś upamiętnienia po 20 latach.

MS: Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale mam wrażenie, że metalowcy biorący na warsztat muzykę symfoniczną i orkiestracje sporo ryzykują i zazwyczaj efekty są, delikatnie mówiąc, nienajlepsze. Zgodzisz się z tym? Gdy ty sam włączasz te elementy do swojej muzyki, nie boisz się banału, kiczu, obciachowości?

Jakieś 25 lat swojego życia spędziłem będąc obciachowym. Ziom, jeśli chodzi o obciach, to nie boję się niczego! (śmiech) Jeśli mogę wydawać płyty o pierdzących kosmitach i latających mosznach, to czegóż więcej mógłbym się obawiać? Wydaje mi się, że zadajesz to pytanie martwiąc się o to, co pomyślą inni. Tymczasem zależy mi tylko na tym, aby ludzie słuchający mojej muzyki zdawali sobie przede wszystkim sprawę, że brzmi ona tak jak brzmi, bo po prostu szczerze tego chcę. Poza tym, nic się nie liczy. Wydaje mi się, że jedną z głównych przyczyn, dla których posiadam taką artystyczną wolność, jest to, że w ogromnej ilości spraw zawiodłem, zrobiłem tyle rzeczy, które nie działały. Ludzie uważali, że jestem obciachowy, odkąd skończyłem 19 lat. I to, że się tego nie boję, jest prawdopodobnie jedną z moich największych zalet jako artysty. I doradzam to podejście każdemu.

Comments

comments