Przegląd (subiektywnie) najciekawszych premier płytowych: 27 II – 5 III 2017

Michał

Tydzień zakończony koncertem to tydzień dobrze zakończony. Zwłaszcza takim jak solowy występ Einara Selvika. Nie jestem wielkim fanem folku, ani twórczości Wardruny. Jednak tak kameralny występ (pomimo tysiąca ludu w klubie) po prostu zaczarował. Poprzedni tydzień obrodził w premiery, zarówno zagraniczne, jak i polskie. Smaku narobił Converge wydając „Jane Doe” w wersji koncertowej, jednak zapotrzebowanie na hardcore zaspokoiła inna premiera.

The Throne – „Frail Threads”

Gatunek: hardcore/d-beat/sludge

Drugi album od wrocławskiego The Throne nie zawiedzie osób, które na debiucie chciały ciężej, obskurniej, szybciej. Odejście od post-metalowych inspiracji wyszło grupie na dobre i obecnie stanowią mocny punkt na mapie rodzimego undergroundowego hardcore’u. Album nie nudzi, a jego najjaśniejszym punktem jest ostatnia kompozycja w języku polskim.

Tron we krwi i błocie, weź posłuchajżesz no!

Cold Fell – „Irwell”

Gatunek: atmosferyczny black metal

Jeśli połączenie agresji Anaal Nathrakh z ciężarem Cobalt nie jest wystarczającą rekomendacją, to nie wiem, czym jeszcze mogę was skłonić do wysłuchania albumu “Irwell”. Trzeba było czekać aż 4 lata na ich długogrający debiut. Grupa wydała wcześniej tylko demo w 2013. Skład zespołu pozostaje tajemnicą, wiadomo za to, że wokalistą Cold Fell jest Laurence Taylor, którego mogliście usłyszeć wcześniej w Caïna. Nie zrażajcie się łatką atmosferycznego black metalu. Cold Fell proponuje coś więcej.

Złap wody w płuca tutaj

Hollow Leg – “Murder” EP

Jeśli należycie do tej grupy fanów Mastodon, która najchętniej usłyszałaby Remission w wersji 2.0, to mam dla was pewną propozycję, a nosi ona nazwę “Murder”. Grupa pochodzi z Jacksonville na Florydzie i fakt że nagrali już 3 długogrające albumy, a ja jeszcze o nich nie słyszeliśmy, wprawia mnie w zakłopotanie, a że nie tak dawno temu była na dodatek środa popielcowa, to sypię również głowę popiołem. Jeśli przy okazji Mastodon lubicie przeplatać Crowbar, czy Weedeater, to jest to coś dla was.

Nie popełnijcie tego samego błędu i sprawdźcie „Murder” tutaj

Converge – „Jane Live”

Gatunek: hardcore

Na otarcie łez fanów, którzy nie mogą się wciąż doczekać nowego Converge, grupa wypuściła zapis koncertu z ubiegłego roku z festiwalu Roadburn w Holandii, gdzie zagrali w całości “Jane Doe”. Album ten stanowi potwierdzenie mojej tezy, być może kontrowersyjnej, ale nie mam wątpliwości, że zgodnej z prawdą, że od 2001 albumem roku jest niezmiennie “Jane Doe”.

Zobacz ten koncert na własne oczy tutaj

Poniżej inne okładki „Jane Live” z edycji na niekoniecznie czarnym krążku. Wstawiam, bo ładne.

Strange Clouds – “Calm Before The Storm” EP

Gatunek: strange rock

Na koniec coś z rodzimego podwórka. Jak dziwni jesteście? Jeśli bardzo, to jest to muzyka dla was. A jeśli lubicie się zapuszczać w klimaty stonerowe, psychodeliczne i ociekające retro, to tym lepiej.

Wcale nie takie dziwna ta EPka, ale co ja ci będę mówić sprawdź lepiej tutaj

 

Piotr 

Jeden człowiek na niemalże całkowicie pustej scenie, prosty strój, kilka delikatnie brzmiących instrumentów akustycznych. Skromność i charyzma. Tak jak Michał już wyżej napisał – Einar Selvik zaczarował.

Svart Crown – „Abreaction”

Gatunek: blackened death metal

„Abreaction” to czwarty longplay w dorobku Francuzów. Między kolejnymi wydawnictwami kwartet robi coraz większe przerwy i najwyraźniej wychodzi im to na dobre. „Abreaction” to potwór pełen deathowego ciężaru, duszny i zagrany z zegarmistrzowską precyzją.  I chociaż niektórzy mogą poczytać tę precyzję, miejscami wręcz sterylność, za wadę tego wydawnictwa – nie zgadzam się z tym. Płyta jest przemyślana, a ten skoncentrowany ładunek zła wali prosto w punkt.

Załóż KORONĘ.

Varmia – „Z mar twych”

Gatunek: pagan/ black

Z tą płytą miałem nieco problemów, ale jako, że pochodzę z Olsztyna, nie mógłbym nie wrzucić tutaj krążka z apokaliptyczną babą pruską na okładce. Jest to debiut nowego na rodzimej scenie zespołu. Panowie deklarują, że grają „root metal” – trochę średnio im w to wierzę, zwłaszcza gdy śpiewają po łacinie zamiast w gwarze warmińskiej. Są też jednak na tej płycie kompozycje, które bardzo przypadły mi do gustu. Zespół z powodzeniem wykorzystuje instrumentarium ludowe i czysty śpiew, łącząc to z blackową siarką. Do tego naturalne, potężne brzmienie – uzyskane dzięki nagrywaniu na setkę w jakiejś stodole. Przynajmniej tak mówią.

 

Zostaw te sroki, i spróbuj dla odmiany złapać TEGO ptaka za ogon.

 

Kvalm – The Greatest Story Ever Told

Gatunek: stoner/ doom ze sludge’owym ciężarem i post rockową przestrzenią

Debiutancka EP-ka Szwedów spokojnie mogłaby zostać wydana jako album – choć zawiera jedynie cztery utwory, trwa niemalże 40 minut. Ponieważ o Kvalm wspominaliśmy i pisaliśmy już sporo, po prostu zachęcam was do zapoznania się z ich płytą w całości. Możecie to zrobić TUTAJ.

Comments

comments