Dlaczego będzie coraz gorzej ale i tak nie ma czym się martwić?

Michał napisał wczoraj kilka gorzkich słów, których bezpośrednią inspiracją była frekwencja na wtorkowym koncercie włoskiej Viscera///. Choć sam z powodu anginy na owym koncercie nie byłem, sama sytuacja nie jest żadną nowością. Zresztą chyba każdy z nas był na przynajmniej jednym koncercie, na którym jakaś niekoniecznie znana kapela wyrwała was swoim występem z kapci i po gigu nawiedzały was tylko dwie myśli. Po pierwsze: ale to było zajebiste! Po drugie: dlaczego oprócz mnie, barmana, sprzątaczki i dwóch technicznych przyszło tylko 5 osób? Czy to dlatego, że koncert był źle promowany? Albo tak naprawdę kapela grała chujowo a mi się tylko wydawało? Kiepski termin? Czy może po prostu istnieje jakaś Loża, której celem jest sabotowanie występów młodych i obiecujących zespołów? Przyczyn jest wiele, jedne są bardziej oczywiste, inne mniej. Czy nie jest zatem tak (jak sugerował Michał), że „podziemność” podziemia spowodowana jest głównie lenistwem słuchaczy? Moim zdaniem nie.

 Albo inaczej – muzyka, jak bardzo idealistycznie by do niej nie podchodzić, jest w pewnym sensie produktem. I tak jak każdy inny produkt, podlega prawom rynku. Bez odpowiedniej promocji nawet najlepsze produkty, poza pewnymi wyjątkami, z trudem utrzymują się na rynku. Z drugiej strony nawet najlepsza, najbardziej błyskotliwa i przemyślana kampania promocyjna może nie być skuteczna przy wciskaniu ludziom kompletnego szajsu. Co więcej, nie każdy produkt, tak jak i nie każdy zespół, trafia na odpowiedni rynek, czy też warunki – niektóre przedmioty, tak jak i niektóre płyty, doceniane są dopiero po latach. Wreszcie istnieje masa pomniejszych czynników, które jednak wspólnie mają bardzo dużą siłę oddziaływania: począwszy od warunków pogodowych, poprzez organizację gigów w środku tygodnia, aż po pokrywanie się terminów z innymi gigami/ wydarzeniami kulturalnymi czy sportowymi.

Nie można też zapomnieć o jednym z najważniejszych czynników, czyli stosunku podaży do popytu. I teraz będzie trochę cynicznie. Nie żyjemy już w czasach, kiedy koncert metalowy to rarytas, długo wyczekiwany rytuał – świat poszedł do przodu, wraz z postępem ekonomicznym i technologicznym do naszego kraju nie tylko często zjeżdżają gwiazdy światowego formatu, ale i lokalnych zespołów jest coraz więcej. Przy odpowiednich umiejętnościach i chęciach przyzwoicie brzmiącą płytę można nagrać w domowych warunkach, a dobrej jakości instrumenty są coraz łatwiej dostępne. I jakby tego było mało, jest jeszcze internet. Globalny dostęp do informacji i treści multimedialnych z całego świata każdy ma w domu, wystarczy kilka razy kliknąć myszką. Słuchacz czyli było, nie było – konsument – otrzymuje dostęp do ogromnej ilości produktu, która wielokrotnie przekracza jego zapotrzebowanie. Prawdopodobnie wczoraj albo dzisiaj wyszło kilka świetnych płyt. Tylko co z tego? Treści jest tyle, że nie sposób do wszystkiego dotrzeć. Sorry, ale po prostu nie istnieje fizyczna możliwość przesłuchania takiej ilości muzyki. No, chyba, że jesteście Marią Konopnicką i zamiast pobierać energię ze snu i jedzenia transferujecie ją bezpośrednio ze smolistych dźwięków, ale i wtedy nie ma lekko. I będzie jeszcze gorzej, bo technologia i komunikacja cały czas idzie do przodu, będzie coraz więcej coraz łatwiej dostępnej muzyki. Gorzej oczywiście w cudzysłowie, bo zarówno konsument ma większy wybór i łatwiejszy dostęp do produktu, jak i producent dysponuje większą ilością kanałów dystrybucji i promocji.

Jednak od wydania „Master of Puppets” w roku 1986 do dzisiaj, populacja Polski wzrosła zaledwie o niecałe 2 miliony. Nie mam żadnych danych obrazujących ilość zespołów/ koncertów przypadających na, powiedzmy, 1000 osób na dzień dzisiejszy i 30 lat temu, ale myślę, że byłyby statystyki niezwykle ciekawe i nieco tłumaczące, dlaczego jest, jak jest. Nie zgadzam się zatem z tezą Michała, że to bezczynność słuchaczy jest przyczyną tego, że underground to underground. Część gigów po prostu nie wypali frekwencyjnie i już. Zostały negatywnie zweryfikowane przez rynek. I gdy można zastanawiać się nad przyczynami takiego stanu rzeczy i starać się poprawić to, co nie zostało dopięte na ostatni guzik (z punktu widzenia promotora czy zespołu), nie załamywałbym z tego powodu rąk i nie stawiał diagnozy całej scenie. A co może w tej sytuacji zrobić słuchacz? Tak jak konsument każdego innego produktu – rozeznawać się na bieżąco w rynku i jeśli coś przypadnie mu do gustu, być po prostu wiernym marce. Tylko tyle i aż tyle.

Piotr

Comments

comments