Recenzja: Mentor – „Guts, Graves and Blasphemy”

MentorJakby się nie uciekało od “oceniania na pierwszy rzut oka”, to nie da się mieć pewnych skojarzeń po pierwszym, wizualnym zetknięciu z debiutem Mentor. Jak bardzo bezpośredni jest tytuł „Guts, Graves and Blasphemy”? Nie da się przejść obok niego obojętnie, zwłaszcza, jeśli towarzyszy mu oldschoolowa okładka z grobami, czaszkami i z księżycem w pełni oświetlającym ponurą scenerię. Przekaz jednoznaczny i wyrazisty, zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z frontem kasety VHS z „Night Of The Living Dead” z 1968 r., a nie z muzyką grupy z kraju nad Wisłą. Co jednak się stanie gdy krążek wyląduje w końcu w odtwarzaczu? Poczujemy w tym grobie piekielną siarkę, czy może przejdziemy po rozkładających się trupach dokonań zespołów z zamierzchłych już wydawać by się mogło czasów?

I bądź tu człowieku mądry. Odpalasz sobie pierwszy utwór, słuchasz i myślisz że już jesteś przygotowany na to co nadciągnie. Black/czarny jak smoła sludge, niczym w przypadku niemieckiego Mantar (podobieństwo nazw nieprzypadkowe?) Nie może być inaczej! A tu nagle dostajesz z półobrotu kawałkiem ‘Gimme Yer Blood’ prosto w szczękę, która z spada z wrażenia na podłogę. Szybko jej jednak stamtąd nie pozbierasz. Mentor to ładunek bluźnierczej energii trafiający za każdym razem prosto do celu. Pomyśl o najlepszym rock’n’rollu jaki nosiła ziemia w postaci choćby Turbonegro, czy The Hellacopters, który na pełnej prędkości zderza się z Entombed. Nazwy tych zespołów nie są tu użyte przez przypadek. Nie da się zbagatelizować wpływu Skandynawii na debiucie Mentor. Wystarczy dodać do tych grobów, flaków i bluźnierstwa tonę wkur*ionego rock’n’rolla i mamy dobre streszczenie tego co usłyszymy na tym krążku, a co również było charakterystyczne w nieco już zapomnianej scenie ze Skandynawii sprzed kilkudziesięciu lat.

Foto: Marcin Pawłowski

Foto: Marcin Pawłowski

Porównania do dokonań innym grup w odniesieniu do muzyki Mentor można wymieniać w nieskończoność.  Grupa potrafi płynnie łączyć i przechodzić z gatunku w gatunek na przestrzeni poszczególnych kawałków. Nie ma czasu na znudzenie materiału, a wszystkie składniki dobrane są w odpowiednich proporcjach. Mamy do czynienia z rozpędzonym rock’n’rollem, z black metalem, stonerem, sludge, thrash czy nawet hardcorem. Trudno jest wskazać konkretne momenty w których zespół operuje danym gatunkiem, ponieważ przechodzi z jednego w drugi i łączy je w spójną i dobrze brzmiącą całość z taką łatwością, że zadawanie sobie pytań, jak zaszufladkować konkretne partie jest bezcelowe.

Suseł, albo jak w przypadku Mentor każe się tytułować Wojciech Kałuża – King Of Nothing – brzmi jakby wstąpił w niego wcale nie taki święty duch. Jego wokal brzmi dużo bardziej agresywnie i wściekle niż w przypadku J. D. Overdrive, a przy tym tak naturalnie, jakby nigdy nie śpiewał inaczej. Jego teksty są niczym hołd oddany horrorom i slasherom w czasach gdy ważniejsza od akcji była pełna flaków i zapachu krwi atmosfera. Niech ktoś zadzwoni do Sama Raimi, właśnie odnalazłem muzykę która idealnie wkomponuje się w reaktywowaną serię „Ash vs. Evil Dead”.

Ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że muzycy walczyli z kompozycjami, a następne riffy zradzały się w bólu. Przez cały czas trwania krążka ma się poczucie, że grupa nagrywając go po prostu dobrze się bawiła. Powstał z tego album, który jest czymś świeżym we współczesnej rodzimej scenie metalowej (i zapewne nie tylko  na niej). „Guts, Graves and Blasphemy” rozkłada na łopatki. Nie ma czego zbierać, nie warto nawet próbować, a zapach flaków, grobów i bluźnierstwa będzie się unosić w powietrzu na długo po wybrzmieniu ostatniego utworu.

Michał Smoll

Kup swoją kopię albumu: tutaj

Tracklista:
1. Guts, Graves and Blasphemy
2. Gimme Yer Blood
3. Drag You to Hell
4. Satan’s Whore
5. Gravemaker
6. Murder Beach
7. In The Devil’s Name
8. Night of The Satanic Werewolves
9. Scarecrow Fields

Comments

comments